środa, 28 stycznia 2015

It is sometimes an appropriate response to reality to go insane

Holly Anna Tienert "Gyspy"

▲niebieski beta dwa▲36 lat▲zodiakalny koziorożec▲znajoma z podwórka▲
▲siedem języków biegle w mowie i piśmie▲ wróży z ręki▲pracowała dla sztabu▲

Czasami wolałaby nie omawiać problemów floty przy obiedzie, ale zdaje się, że taka możliwość uleciała w nieznane zanim jeszcze się pojawiła. Holly, zwolenniczka zmuszania spraw, żeby toczyły się po jej myśli, w tej sprawie wyjątkowo nie interweniowała. Musiałaby oddać przyjaciela, człowieka, którego zna dłużej niż kogokolwiek innego. Dawno doszli do wniosku, że niezręcznie byłoby, gdyby jedno podlegało drugiemu zawodowo. Przez lata rzeczywiście tego unikali (poza towarzyskimi meczami koszykówki), a jednocześnie robili wszystko, by nic ich nie rozdzieliło na długi czas. To prawdopodobnie nie była najlepsza decyzja w życiu Holly, ale żałowała jej tylko kilka razy. Kiedy zginął Teddy, Carlos stał się jeszcze bardziej jak rodzina, niewiele brakowało, a to ona nosiłaby dziś tytuł pani Ripley. Zamiast tego została przy swojej papierkowej pracy, zapraszaniu Carlosa na obiad w każdy wolny weekend, Odmówił tylko raz. W dniu, kiedy osobiście wręczył jej kopertę pieczętowaną przez flotę. Często dostawała podobne koperty, ale takich, jak tamte nie przynosił major we własnej osobie. Nawet jeśli oznaczało do dla niego jedynie przeskoczenie przez murek i przejście przez trawnik. Przysłowiowo. San Francisco dawno już nie miało trawników. Zwłaszcza pod ziemią. Wciąż jednak mieszkali drzwi w drzwi. 
Szanowna pani Tienert, w uznaniu za dotychczasową pracę... 
Nie widziała tej tony komplementów, widziała bezlitosne wezwanie. Już nie grzeczną prośbę, by spróbowała jeszcze raz usiąść za sterami. Teraz to był już nakaz. Przynajmniej byli na tyle subtelni, by nie dać jej myśliwca, który zabił Teddy'ego. Tak, sprawdziła to, maszyna wciąż lata, głównie na Sarissę. Holly Tienert znów uniosła się honorem, odrzuciła oferowane tytuły i była bliska rozdarcia szat. Potem przekonała się, że mogła trafić znacznie gorzej, trafić na dowódcę, który nie zauważy jej doświadczenia i wybitnego refleksu, trafić na bandę dzieciaków uśmiechających się ironicznie. 
-------------------------------------------
Philip K. Dick; Indira Varma
wątki - tak, powiązania - tak, 
yup, tu jest dużo spoufalania się z dowództwem

14 komentarzy:

  1. [Oj, wielka szkoda, że nie pozwolono ci na czerwonych, Kurtz z chęcią by panią przyjął :) nie odmówię ci wątku mimo to ^^ Pomysł mi sie podoba, będzie ciekawie. Zaczniesz?]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ciągle mam wrażenie, że kojarzę skądś tą panią na zdjęciu, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd.
    Karta ładna. A twoja pani urzekająca. Tak po prostu. Wstawki o przyjacielu podobają mi się bardzo. Spoufalanie się z dowództwem też. Witam.]

    Havoc

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurtz gdy był młodszy i jeszcze nie zamierzał iść do wojska, często jak każdy zbyt ruchliwy dzieciak szukał sobie zajęć. Był bardzo pomysłowy więc nawet drony nie uchodziły jego uwadze. Złapał tylko dwa bo akurat były w okolicy, pamiętał zabawę jaką miał z nimi, nie ciężko było spieprzyć taki sprzęt, lepiej było jednak przerobić go.
    Po latach znów słyszał o kłopotach z dronami, ale teraz było to już coś co praktycznie nie interesowało go. Były i co z tego? To nie jego kłopot.
    Jego zainteresowaniem były teraz tylko i wyłącznie starhawki, myśliwce które cieszyły oko i duszę. Widok tych maszyn uspokajał i cieszył jak dziecko, nawet takiego sukinsyna jakim był Dante Kurtz. Kiedy zdecydowano wyżej, że zostanie dowódcą dywizji myśliwców, starannie ukrył radość. Nie mógł popsuć sobie opinii jaką wyrabiał przez lata służby wojskowej. W końcu stopień wojskowy i naprawdę doskonałe umiejętności pilota, przydały mu się bardziej niż dotąd.
    Wszedł do hangaru nieco spóźniony, lecz nie było to nic zaskakującego w jego przypadku. Punktualność nie była jego mocną stroną. Widząc kobietę stojącą przy myśliwcach, zbliżył się niespiesznie. Zasalutował jej gdy ona zrobiła to pierwsza.
    - Dante Kurtz – rzucił niedbale, miał specyficzne podejście do wielu rzeczy.- Dobrze w końcu poznać, kapitan Gyspy – stwierdził i nawet uśmiechnął się nikle.
    Przeniósł wzrok na maszyny.
    - Podziwiamy starhawki? - spytał, znów spoglądając na nią.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Bingo! Całkowicie o tym serialu zapomniałam przy moim zagadywaniu skąd ta pani.
    Podoba mi się i to bardzo. Zakładam, że Holly będzie dla niego jedyną znaną twarzą na nim, więc pewnie tam do niej podejdzie. Mogłabym ładnie poprosić o zaczęcie? Proszę bardzo ładnie.]

    Havoc

    OdpowiedzUsuń
  5. Dante mimo że nie wyglądał na takiego, szybko wychwytywał przydatne informacje, dlatego nie umykały mu pewne wiadomości, a gdy już je miał, wystarczająco szybko łączył poszczególne fakty w logiczną całość. Dlatego właśnie słowo Gyspy było mu znane, umiał to dopasowac do osoby i powodu, dla którego kiedyś zapamiętał to. Teraz jednak nie mówił o tym, to nie był czas ani miejsce do przyjaznych rozmów. Mimo, że Kurtz nigdy nie trzymał się formalnych rozmów, zwłaszcza gdy jego rozmówca był niższy stopniem.
    Był niecierpliwy kiedy prosił o pozwolenie na start dwóch maszyn typu starhawk. Zbyt długo musieli czekać według niego, chociaz w praktyce to było ledwie pięć minut.
    Spojrzał na dziewczynę gdy ta miała już wskazany myśliwiec, jemu już nie wskazywano maszyny, cały czas miał tą samą, jedną. Sprawdzenie wszystkiego, zajęło mu już mniej czasu niż za pierwszym razem gdy pozwolono wsiąść mu do myśliwca.
    Uśmiechnął się krzywo, słysząc w słuchaweczce, którą mial w uchu, wyraźnie podniecony głos.
    - Niecierpliwa, Gyspy? - spytał, kiedy miał już pewność, że wszystko działa.
    Dla czystej formalności, poprosił o ponowne potwierdzenie na start i gdy tylko je dostali, podkręcił nieco moc silników by maszyna wytoczyła się z hangaru. Poderwanie myśliwca do góry to już była dziecinnie prosta rzecz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przyszedł, nie kierowany rozpaczą, żalem, czy żałobą. Do głosu doszedł przykry obowiązek i dobre wychowanie, poza tym dawno nie był na pogrzebie, nawet swojej żony nie mógł godnie pochować, więc ten raz mógł zrobić wyjątek. Nie znał zmarłego chłopaka dobrze. Ot, kolejna z tych przelotnych, najprawdopodobniej mało znaczących znajomości, których nie da się uniknąć. Milczenie nie było jego mocną stroną, nie otwieranie ust doprowadzało go do białej gorączki, a w końcu byli towarzyszami broni, łączyła ich sąsiednia prycza, mundur, broń w ręce, ta sama czytana książka i gruzy. Mike był jednym z tych, którzy go stamtąd wyciągali. Zmasakrowane ciało nie nadawało się na pokaz, zresztą co tu pokazywać. Trupów nie brakowało. Świat był nimi przesycony. Pewnie w innych miejscach odbywały się podobne ceremonie.
    Składając kondolencje, czuł się niezręcznie pod ciężarem tych wszystkich spojrzeń, chyba trochę oskarżycielski. W sumie równie dobrze, to on mógł zająć miejsce Samuela. Ta świadomość wypełniała go za każdym razem, gdy ktoś żegnał się z życiem.
    Pogoda nie kontrastowała z panującym dookoła nastrojem. Co prawda na niebie od paru godzin zbierały się deszczowe chmury, ale opłakiwanie zmarłego nie było w ich intencjach, trwały obojętne na ludzką tragedię. Havoc też był trochę obojętny, ale wykazywał zdecydowanie więcej empatii.
    Rozglądnął się dookoła. Otaczały go nieznajome twarze, był tylko jeden wyjątek w postaci kobiety. Poznał ją od razu. Była charakterystyczna na tle szczerze współczujących. Podobnie jak on, szła trochę z tyłu za orszakiem żałobnym, nie integrując się z najbliższym otoczeniem, nie mając łez w oczach, nie zerkając rozpaczliwie na karawan, nie emanując aurą nędzy i rozpaczy.
    Poszedł do niej, wyznając zasadę, że w towarzystwie raźniej.
    — Witam, kapitan Gyspy — przywitał się z nią, mając ochotę zapalić papierosa. Z resztą z trudem się powstrzymywał. Po wszystkim wypali całą paczkę, a może nawet dwie. Musi pamiętać, by zaopatrzyć się w następną. — Podporucznik Havoc. — Zasalutował, wypowiadając wszystkie słowa szeptem, które i tak były ledwie słyszalne. Marsz żałobny zagłuszał nawet wiatr.

    Havoc

    OdpowiedzUsuń
  7. [Witam. Fassbender grał w tylu świetnych filmach, że trudno mi je zliczyć (osobiście polecam "Wstyd" i oczywiście niezawodnych X-menów). Co do wątku, pomysł jak najbardziej mi się podoba, ale niestety wynika z niego, że gdybym miała rozpocząć wątek, byłoby to jawne lanie wody, więc jestem zmuszona prosić o to Ciebie, choć to okropne i wcale mi się nie podoba, że odwalisz całą robotę. Obiecuję wynagrodzić to w wątku.]/Cesar

    OdpowiedzUsuń
  8. Uwielbiał moment gdy starhawk odrywał się od ziemi z dużą szybkością, to uczucie był wręcz uzależniające. Taki jego prywatny narkotyk, który na czas gdy siedział w maszynie, odsuwał na bok cały jego gniew, który zwykle palił go i wzbudzał wręcz furię, której źródła już nie rozumiał. Kurtz miał spore kłopoty z kontrolowaniem gniewu, agresji lecz nie w powietrzu. W takich momentach jak ten, był odpowiedzialnym dowódcą, odpowiedzialnym pilotem. Nie zamierzał narażać ludzi, którzy byli pod jego rozkazami.
    - Koncentracja najważniejsza, Gyspy – odparł odrobinę rozbawiony jej zmianą.- Nie przewidujemy żadnych kłopotów, co? - mruknął jeszcze ze zwykłej może zadziorności. Naprawdę nie chciał kłopotów, zamierzał to wszystko skończyć równie spokojnie jak się zaczęło.
    Przechylił nieco maszynę gdy pojawił się statek zwiadowczy.
    - Witaj, halo jeden, dobrze cię znów słyszeć – przywitał, gdy usłyszał znajomy głos. Zdążył już jakiś czas temu poznać dowódcę tego konkretnego statku zwiadowczego. Kurtz poczekał, aż drugi starhawk ustawi się na pozycji. Sam zmniejszył wysokośc w stosunku do omega-11. Nie skomentował w żaden spsósb sposoby w jaki Gyspy ustawiła się maszynę.
    - Utrzymuj pozycję, Gyspy – mruknął. Wolał dmuchać na zimne, a przywykł już, że gdy wydaje się być spokojnie to zawsze coś się spieprzy.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mike interesował się wojskiem długo przed dołączeniem do niego za sprawą ojca, który stawiał na pierwszym miejscu swoje żołnierskie powinności, rzadko bywając przy jednym stole z nim i jego matką, a gdy już przy nim jadał, młody Havoc chłonął każde jego słowo z tym samym zainteresowaniem i ekscytacją. Opowieści głowy rodziny nigdy nie były szczegółowe, częściej pourywane z kontekstu i zagadkowe, pozostawiały poczucie niedosytu i chęci wypełnienia luk w wiedzy. Będąc adeptem bez stopnia, pracował przy segregowaniu starych aktów, w których niejednokrotnie pojawiała się wzmianka o pani kapitan wraz z jej nieodłączonym towarzyszem w postaci brata. Kobieta jawiła się w jego głowie jako pilot-legenda, może trochę wyolbrzymiona, wyidealizowana, ale szacunek został taki sam. Biła od niej nietypowa aura, którą odczuwał w nikłym towarzystwie wymienionego przez nią majora.
    — To zrozumiałe. Nasza dwójka musi wystarczyć.
    Havoc nie spodziewał się tu nikogo z zaharowanego po łokcie dowództwa. Mieli swój świat i swoje kredki, ważniejsze od umierających żołnierzy. Głowy pełne strategii, dalszych planów działania i szereg innych zadań, właśnie to należało do ich obowiązków. Nie płacono im za pożegnanie poległych
    — Ta sytuacja zawsze mogła nas bezpośrednio dotyczyć, pani kapitan — odparł, czasem przyłapując się na swawolnej, egoistycznej myśli i płynącej z niej płytkiej radości, że uniknął losu umierających znajomych. Zaiste, w podświadomości cieszył się, że to on nie przegrał życia, robiąc sobie naiwne nadzieje, że może przeżyje tą wojną i parę kolejnych, umierając w podeszłym wieku, choć doskonale wiedział, że noszenie munduru było równoznaczne z pogodzeniem się, że to wojna może mieć pierwszeństwo w wygrywaniu, tak jak było to w przypadku jego ojca. A teraz czekało go nowe wyzwania, tak odmienne od tych wcześniejszych. Dowodził ludźmi, brał na swoje barki ich istnienie.
    Patrząc na to z takiej perspektywy okoliczności wcale nie wydawały się przytłaczające. Tam w przestworzach czekały ich znaczenie gorsze czasy.

    Havoc

    OdpowiedzUsuń

  10. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, nie było problemów. Kurtz był wręcz szczeniacko zadowolony, że tym razem dostał do pary kogoś tak ogarniętego jak Gyspy. Kobieta widać było, ze znała się na rzeczy i nie musiał wytykać jej błędów, a jedynie informował co kiedy zrobić. Dante cały czas obserwował wszystkie wskaźniki, szło gładko. Gdy wytracili odpowiednio dużo prędkości, dał rozkaz na rozproszenie w odpowiednim czasie. Omega nie zmieniła toru lotu, tylko starhawki zaskakująco równo odbiły w dwie przeciwne strony i zmieniły kąt by delikatniej wejść w atmosferę i nie uszkodzić nic.
    Kiedy przebili się, rzucił rozkazem do podjęcia pozycji znów, lecz tym razem ustawienie był nieco inne.
    - Jakieś problemy z maszyną, Gyspy? - zapytał gdy za parę minut mieli podejść do lądowania. Chciał wiedzieć szybciej gdyby wystąpiły jakiekolwiek kłopoty, nie zamierzał ryzykowac bezpieczeństwa nikogo.
    Gdy wszystko było dobrze, poinformował by omega-11 pierwszy podszedł do lądowania. Myśliwce musiały chwilę odczekać bo niestety tyle miejsca odpowiedniego do lądowania nie było. Kiedy omega usunął się na bok, Kurtz posadził maszynę na ziemi i wysiadł. Przeciągnął się lekko, wiedział, że mają tutaj trochę przerwy, aż ktoś z wyżej ustawionych nie zadecyduje o ich powrocie. Podszedł do Holly.
    - Jesteś świetnym pilotem – pochwalil ją, a to był już nie byle co. Dante rzadko kiedy był pod wrażeniem czyiś umiejętności, zwykle więcej marudził.

    OdpowiedzUsuń
  11. [Fakt, Prometeusz był dnem, ale to głównie przez sam fakt, że to ostry gniot. Fassbender w sumie uratował mi ten film, przynajmniej miałam na co spoglądać. Dziękuję za rozpoczęcie!]
    Po ciężkiej, nieprzespanej nocy, zamiast wyjść z łóżka, wychodzi z siebie. Pierwszy raz od dawna żałuje, że nie jest w stanie rozdwoić się, wysłać swoją kopię do pracy, samemu zaś pozostając z głową ukrytą pod poduszką. Świat nie zaszedł jednak na tyle daleko, więc w końcu zwleka się z materaca, dotykając bosymi stopami zimnej posadzki. Jak w transie kieruje się w stronę prysznica. Dopiero ten przynosi potrzebne orzeźwienie, a tym samym jasny, klarowny umysł. Dociera więc do niego w trybie natychmiastowym tysiąc różnych informacji, które przetwarza, niczym cyborg zapisując najważniejsze w swojej pamięci. Powinien znaleźć się w hangarze za dwadzieścia minut, tak informuje go urządzenie skonstruowane na potrzeby śledzenia poszczególnych zadań wyznaczonych przez dowództwo. Wypija w pośpiechu kawę, zakłada szary kombinezon, rękawice wciskając w głębokie kieszenie, poprawia pas z narzędziami, luźno wiszący mu na biodrach. Spogląda na zegarek i faktycznie, zgodnie z rozkładem chwilę później pojawia się kobieta, a raczej latające złomowisku, w którego wnętrzu ta najprawdopodobniej się znajduje.
    Przygląda się maszynie w milczeniu, starając się nie westchnąć. Dawno nie miał styczności z tak beznadziejnym przypadkiem. Nie podoba mu się wygląd, nie podoba mu się sposób spawania, nie podoba mu się nawet rodzaj użytych materiałów. Gdyby sam konstruowałby coś tak obrzydliwego, przynajmniej postarałby się zachować pozory posiadania jakiegokolwiek (nawet marnego) gustu. Podejrzewa jednocześnie, że skoro to cudo wygląda z zewnątrz źle, w środku wcale nie będzie lepiej.
    Gdy pojawia się przed nim kobieta, skina do niej głową na powitanie, słysząc swoje nazwisko. Z miejsca rusza dopiero po kilku sekundach, jakby informacja wypowiedziana przez nią dotarła do niego z opóźnieniem. Porusza się dziwnie topornie, może uszkodził nogę, może po prostu nie lubi chodzić albo jest skrzywiony i wszystko robi z niechęcią. Mimo to, kilka sekund później znajduje się już w maszynie i tym razem nie jest w stanie powstrzymać wypuszczenia z płuc powietrza. Chociaż nie komentuje nic werbalnie, a jego mimika twarzy nie przedstawia żadnych emocji, ta jedna reakcja ukazuje wszystko, co Tienert musi wiedzieć na temat jego opinii.
    /Cesar

    OdpowiedzUsuń
  12. Cmentarz był miejscem cichym, położonym w takim samym miejscu, oddalonym od gwaru, idealnym na pochówek. Havoc, obserwując ukradkiem rodzinę już nieżyjącego, poczuł lekkie ukłucie nieadekwatnej do sytuacji zazdrości, a płacz dziecka tylko ukoronował tę chwilę, wywołując jeszcze większe poruszenie i sprawiając, że słowa księdza były dla Mike czymś nieosiągalnym, choć do tego równie dobrze mogła się przyczynić jego słaba wiara.
    Idąc w ślad pani kapitan, nabrał w garść ziemię i wrzucił ją w wykopaną dziurę, czując jej intensywny zapach. Nie była jeszcze tak chorowita, jak ta, którą zazwyczaj witał pod swoimi butami. To było naprawdę dobre miejsce na pochówek.
    Czując charakterystyczne pobolewanie w stawach, jedyne, które na dłuższą metę odczuwał, zerknął mechanicznie w kierunku zdominowanego przez chmury firmamentu.
    — Za chwilę zacznie padać — podsunął, wręczając pani kapitan chusteczkę, samemu z niej nie korzystając. Chyba już dawno utracił wszystkie łzy. — Dasz się namówić na kawę, Holly? — zaproponował. Wymawiając jej imię, mimo wszystko, czuł się trochę niezręczne, a zabłąkane na jej policzku oznaki wrażliwości jeszcze bardziej potęgowały te uczucie. Przełknął gulę, która uformowała się w jego gardle. Dawno nie spotkał się z taką uczuciowością ze strony żołnierza, tam wszystko było szorstkie, automatyczne, nie licząc strachu i przerażenia odbijającego się w oczach kadetów, którzy nie mogli sobie poukładać w głowie pespektywy zbliżającej się raźnym krokiem śmierci. Chociaż te uczucia towarzyszyło wszystkim, czasem bardziej widoczne, czasem mniej.
    Mając zamiar korzystać z przywilejów, które czerpał wraz z otrzymaniem przepustki, nie mógł odmówić sobie dobrej, czarnej kawy, spodziewając się, że tam, ponad horyzontem, daleko od kłębiących się na niebie chmur, mógł liczyć jedynie na jej imitacje, nie porównywalną z prawdziwym smakiem, zapachem i działaniem szybkiego postawienia go na nogi.
    Przepustka miała określoną datę ważności, ale miał czas, dużo czasu, a dzięki wojskowemu samochodowi, który został mu pożyczony na tę okazję, mógł w miarę szybko poruszać się po tych zgliszczach dawnej świetności, niegdyś zielonej (choć ta zieleń majaczyła w jego głowie niczym niewyraźny obrazek), teraz pokrytej grubym pyłem. Odrzucającej.

    Havoc

    OdpowiedzUsuń

  13. Kurtz poprawił i zapiął pod szyję kurtkę, gdy tylko zawiał mocny i zimny wiatr. Nie lubił chłodu, chociaż wszędzie gdzie musiał przebywać panowały niższe temperatury niż mu odpowiadały. Spojrzał na mężczyznę, kiedy usłyszał gdzie są. Hm, czyli dobrze pamiętał gdzie mają lecieć. Przez tą całą radość z możliwości lotu starhawkiem, nie był pewny czy dobrze zapamietał miejsce w jakie się kierują.
    - Nadzieja matką głupich, ponoć – westchnął odrobinę marudnie. Załamał się odrobinę jego dobry humor bo to miejsce nie przypadało mu do gustu.
    Obejrzał się słysząc, że ktoś idzie do nich. Czekał cierpliwie zanim ujrzał starszego faceta. Podszedł do mężczyzny i przywitał się z nim. Nagle względne przyjazne znastawienie Kurtza, zostało zastąpione przez chłód. Mówił rzeczowo i nie zmuszał się do wyduszenia nadmiaru słów.
    Razem z mężczyzną zbliżył się do dwójki towarzyszy. Razem omówili plan działania w tej chwili, chociaż ciężko było cokolwiek zrobić kiedy problemu nie było teraz widać.
    - Jak na złość obecność dronów dziś pewnie będzie znikoma – mruknął pod nosem Dante. Był dość sceptyczny w takich chwilach, chociaż zwykle był raczej chłodnym realistą. Nie lubił przesadnie wątpić, ani wierzyć w coś. Ustawiał się zawsze na bezpiecznej pozycji, tak pośrodku by niczym się nie kierować przesadnie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Słowa pastora nie wzbudziły w nim żadnych uczuć. Od dawna zastanawiał się, czy przypadła im rola „zbawców” świata, czy zawodowych samobójców. Szli na spotkanie z nieznanym, które fascynowało i przerażało jednocześnie, a mogli oczekiwać jednego – wojny, która zbierze swoje żniwa, pogrążając w ludzkość w kolejnych żałobach. Havoc nie był w stanie dźwigać czyjś nadziei, nie mając własnych.
    — To trochę smutne, że wizja nieba zostanie dla niektórych wywrócona do góry nogami — mruknął trochę refleksyjnie, śledząc oddalającego się mężczyznę.
    Nie pamiętał, kiedy ostatnio był w kościele i złożył ręce do modlitwy, wykonany przez niego znak krzyża był odległą przeszłością, czasem przebijającą się przez morze zwątpienia, zwłaszcza, gdy przed oczami stawały mu znajome rysy twarzy, czy też zniekształcone oblicza tych wszystkich ludzi, których wysłał przed oblicze twórcy za sprawą jednego ruchu dłoni, niekoniecznie przemyślanego. Rozkazy to rozkazy, żołnierz to kukła wiernie ich słuchająca. Tak prezentowała się przed oczami Havoca wojskowego rzeczywistość, a mimo to nie miał oporów by stać się jej częścią i bezwzględnie wsłuchiwać się w głos przełożonych. Nie miał zamiaru się sprzeciwiać nawet wtedy, gdy jego propozycja dotycząca odnalezienia Trishy została odrzucona, choć może powinien to zrobić albo w ramach buntu zacząć poszukiwania na własną barkach, raz na zawsze przekreślając swoją karierę i poniewierając nazwiskiem, które było jedyną pozostałością po ojcu.
    — Zaparkowałem niedaleko — powiedział, gdy szum kropel deszczu sprowadził go na ziemie. Teraz był w towarzystwie Holly i na tym powinien się skupić, a nie na rozdrapywaniu starych ran. — Widziałem przy wyjeździe do miasta kawiarnie. Chyba nie zbankrutowała, bo w środku byli ludzie i wyglądała na zadbaną. I proszę do mnie mówić albo Mike, albo Havoc. Podporucznik brzmi zbyt dumnie. W tej chwili wolę być jedynie człowiekiem.

    Havoc

    OdpowiedzUsuń