Dante
Kurtz
28
lat (14 luty) ⚘
podoficer
⚘ CMSAF (Sierżant) ⚘ Niemiec
dowódca I eskadry I dywizji myśliwców starhawk (0/9)* ⚘ Czerwony Alfa Jeden
dowódca I eskadry I dywizji myśliwców starhawk (0/9)* ⚘ Czerwony Alfa Jeden
Nie spodziewajcie się tutaj łzawej historii życia, przerywanej pociągnięciem trunku z gwinta i aby wysmarkać się w chusteczkę. Jeśli chcecie się wzruszyć radzę przejść dalej, tutaj jest jedynie bezpośredniość, wulgaryzm i ogólne zgorszenie. Kurtz jest specyficznym człowiekiem, który nigdy nie powiedział niczego na temat swojej przeszłości. Każde pytanie na temat tego co było, komentowane jest setkami przekleństw wyrzucanych z olbrzymią szybkością. Kilka lat temu postanowił żyć chwilą, nie oglądać się już nigdy za siebie. Został rasowym sukinsynem czerpiącym z życia garściami, nie zważa na to , że jego zachowanie może być niemoralne. Z pozoru dla kobiet dżentelmen i facet akurat do romansów, dla mężczyzn kompan przy kieliszku i do rozmowy. Na prawdę, po prostu wykorzystuje ludzi. Jest zbyt niestały w uczuciach, by mógł się z kimś związać, gdzieś w głębi siebie czuje, że zawiódł, by jako partner, więc ucieka, gdy robi się poważnie. Nie będąc wstanie ustabilizować się życiowo, oddał się całkiem wojsku. Zaczął pnąc się ku górze, osiągając więcej. Zdecydował się być pilotem, niedługo później dostał szansę, by zrobić jeszcze więcej. Nie zamierza tego zaprzepaścić, nie chce zmarnować tego co mu już teraz dano. Jest typowym hedonistą, a przy tym wręcz tyranem, nikt, kto mu podlega nie ma łatwo przy nim.
Nie wiem kto jest na zdj
W tytule E.Cioran
Zapraszam do wątków i powiązań
Uwaga to niebezpieczny typ!
* przyjęty zostanie każdy,
kto odważy się, żyć pod dowództwem Kurtza
Uwaga to niebezpieczny typ!
* przyjęty zostanie każdy,
kto odważy się, żyć pod dowództwem Kurtza
Serdecznie witamy!
OdpowiedzUsuńBądź dzielny, nie lataj blisko gwiazd i uważaj na swoich ludzi.
Howgh
Fala zmęczenia, przedzierająca się systematycznie przez jego ciało, dawała mu w kość, przeobrażając się w tysiące nieprzyjemnych dreszczy, wędrujących po ciele. Znikały w palcach zaciśniętych na kolejnym palonym tego dnia papierosie, którego dym bezlitośnie penetrował mu płuca, tłumiąc dopływ świeżego powietrza, które w praktyce już nie istniało w żadnym miejscu na ziemi, a może i w całym wszechświecie.
OdpowiedzUsuńOpadł na łóżku, klnąc w duchu na dzieciaka, totalnego nowicjusza, skazę na jego panie, który pożegnał się z życiem na własną rękę, nie słuchając pobrzmiewających od pouczeń rozkazów, bagatelizując to, że stawiając na szali swoje życie, naraża tym samym życie współpracujących z nim ludzi.
Spojrzał na zaciek w suficie i zaciągnął się łapczywie.
— Cholerny bachor — wymruczał pod nosem, choć prawdę powiedziawszy złość już dawno się ulotniła, zostawiając po sobie posmak rozgoryczenia związanego z świadomością otrzymania od przełożonych reprymendy.
Unosząca się w powietrzu śmierć była równoznaczna z założeniem munduru i, to co wywierało na nim wpływ jeszcze parę lat temu, teraz tylko doprowadzało do przerażającej obojętności i myśli, że on mógłby być następną ofiarą tych lodowatych, żelaznych objęć.
Potrzasnął gwałtownie głową i strzepał papierosa na pościel, wzdychając w akompaniamencie przekleństw i trzasku drzwi, które towarzyszyły tylko jednej osobie. Woń paliwa i kolejny popis łaciny kuchennej zostały przez niego odebrane jako potwierdzenie wszelkich domysłów.
— Nie jestem dziś w nastroju do znoszenia twoich dramatów, więc albo będziesz grzeczny, albo wynocha stąd — oświadczył, wdmuchując mu dym prosto w twarz, gdy mężczyzna bez słowa zacisnął dłoń na jego szyi. — Zrozumiano? — zapytał, lustrując z uwagą jego twarz. — Ewentualnie mogę ci użyczyć ramiona, jeśli chcesz się wypłakać — sprostował, diagnozując, że było gorzej niż zwykle, a w takim wypadku trzeba było wysilić się na więcej subtelności. — Mów — ponaglił, robiąc mu miejsce.
Havoc
Nie podobało mu się, że z taką łatwością Dante wymierzył mu cios, nie śląc się nawet na subtelność w postaci ostrzeżenia przed nim. Refleks Havoca umarł gdzieś pomiędzy szóstą a siódmą, dostarczając mu brak chęci do życia.
OdpowiedzUsuń— Myślałem, że już to przerabialiśmy — mruknął. — Nie jestem twoim pieprzonym workiem treningowym — dodał, nie karcąc, nie pouczając, nawet nie będąc złym. Nie czuł uderzenia, które powinno piec, boleć i piec na zmianę i zaczął się zastanawiać, czy zaboli, gdy Dante w końcu złamie mu czaszkę i nie chciał znać odpowiedzi. Przywykł do etykiety drania bez uczuć.
—Siniaka mi sprawiłeś — zwrócił mu uwagę, zapalając kolejną pałeczkę nałogu i zaciągając się nią sprawnie. — Lubsz je kolekcjonować. Zwłaszcza na mojej twarzy, prawda? — zapytał, zapominając, że w tym momencie powinien wyciągnąć pistolet i wymierzyć nim w skroń mężczyzny. Nie był dziś w formie, marzył o długim, głębokim śnie, najlepiej takim z pięknymi kobietami, przy czym obecność oddechu Kurtza nad jego uchem była kwestią sporną.
Zaśmiał się, słysząc jego słowa.
— Zmień kwalifikacje — podsunął, choć poniekąd czuł podobnie. Nie miał nerwów do użerania się nad kadetami wybieranymi na szybko, na chybił trafił, przydzielanych tylko po to, by zwiększyć ofiary w ludziach, rekrutowanych najczęściej z ulic, nieumiejących utrzymać pożądanie broni w ręce, panikujących na widok pokiereszowanych ludzki zwłok.
Havoc przestała przepełniać litość na widok przerażonych spojrzeń, teraz była tylko pogarda, którą zaufania nie zbudzi.
— Wymordujesz całą gównażerię i oszczędzisz nam zachodu.
Oparł głowę o jego ramię i przymknął oczy, nasłuchując tego chaotycznego oddechu i warkotu złości.
Havoc
[Wiem, że nie latamy w dywizji (paskudne dowództwo nie wpuściło mnie do czerwonych), ale chyba mimo to nie odmówisz wątku, prawda?
OdpowiedzUsuńTak mi się widzi, że przenosiny na Księżyc nie zostaną niezauważone na Ziemi. Co powiesz na małe polowanie na drony? Latający złom prawdopodobnie jest przestarzały, więc sztab wysyła jedną omegę i dwa starhawki do eskorty, ale głównie po to, żeby przypomnieć ludziom, że armia dysponuje lepszym sprzętem niż to, co oni sklecą w garażu.
Holly co prawda niczym nie dowodzi, ale ma doświadczenie, mogła zostać wysłana jako zastępca niebieskiego alfa jeden. Because of reasons.]
H.Tienert
Mike nie był dantową matką, siostrą, kochaną, czy żoną, automatycznie nie nadając się na materiał do karcenia, prawienia kazań albo innych pouczających bzdur, które od czasu do czasu wydostawały się z trudem przez jego gardło w towarzystwie niedoświadczonych rekrutów, ale oni wymagali pewnego rodzaju perswazji, Kurtz był na nią za stary, a starocie trudno było oduczyć wyuczonych przez laty nawyków. Jedyne co mógł zrobić to dać mu szlaban na swoją osobę, ale to tylko kolejny pretekst do zrodzenia szaleństwa w tym chodzącym utrapieniu. Trzymanie w ryzach destrukcyjnego temperamentu to jedno z jego podstawowych zadań, to usiłował sobie wmówić, widząc za każdym razem przerażone twarze podopiecznych mężczyzny.
OdpowiedzUsuń— Jestem zaszczycony — zironizował, wchłaniając beztrosko rakotwórczy dym do płuc. Havocowi nie przeszkadzała kolekcja siniaków na swoim ciele, a mijając Dante przypadkowo na korytarzu, czy od czasu do czasu na poligonie, często kwitował te spotkanie swoim zwyczajowym uśmiechem i odchodził, pozostawiając w powietrzu intensywny zapach papierosów.
— A o urlopie to nie myślałeś? — zagadnął refleksyjnie, przymykając oczy, które same się zamykały, sygnalizując tym samym wykończenie organizmu i dając mu wyraźnie do zrozumienia, że kawa w ramach reanimacji przestała działać, przegrywając z kretesem z nieprzespaną nocą. — Żyłka ci pęknie. Zmarszczki po wychodzą. Wykitujesz. — podsunął w przepływie optymizmu, rodzącego się wraz z perspektywą chwilowego odpoczynku od prywatnego terrorysty w charakterze tego podniebnego drania.
— A zresztą — wzruszył ramionami — rób co chcesz, ja idę spać — powiadomił go, odrywając policzek od ciepłej skóry, która niejednokrotnie pełniła rolę bezpiecznego azylu na tle rozgrywającej się w jego głowie wojny.
Ugasił niedopałek na ścianie, tym razem nurkując twarzą w materiale i zgarnął do siebie ten niepokorny metr z kawałkiem, a nawet paroma, nie tolerując z jego strony żadnego sprzeciwu.
Havoc
Dwadzieścia trzy lata temu Holly spędzała wakacje na farmie u wujka w Kansas. Drony wychodziły już z użycia, wiele jednostek po prostu wypuściło je z magazynów, pozbywając się problemu. W tamte wakacje złapali tego drona, używając starego laptopa, zdezelowanego jeepa i linki z kotwiczką. Wujek wymontował komputer pokładowy i włożył do jednej ze swoich maszyn rolniczych. Najlepsze wakacje życia.
OdpowiedzUsuńTe drony nie zniknęły, wciąż gdzieś latały aż padały im obwody i spadały w środku lasu lub do oceanu. Problem w tym, jak ujął sprawę naukowiec cytowany w rozkazach, że niektórym wystarczyło dokręcić śrubkę, żeby znów poleciały. Po ponad dwudziestu latach problem wracał i nie było nikogo, kogo można pociągnąć do odpowiedzialności za tamtą demobilizację.
Holly spojrzała na myśliwce stojące w hangarze. Smukłe sylwetki starhawków prezentowały się wspaniale. I groźnie. Na szczęście w obsłudze były bardzo podobne do swoich dziadków, a nie popełniały błędów poprzedniej, nieudanej generacji. Wszystko na swoim miejscu. Nawet ona sama, jak zwykle przez wyznaczonym czasem, lewą ręką przytrzymująca hełm kombinezonu, była na swoim miejscu.
Zasalutowała starszemu szarżą oficerowi, gdy tylko się pojawił.
- Holly Tienert, sir. Kapitan Gyspy.
Na twarzy kobiety był tylko profesjonalizm. Wolałaby bardziej doświadczonego partnera, ale nie ona tu dowodziła.
H.Tienert
Westchnął głęboko, gdy Dante nie pozwolił mu zasnąć, przypominając brutalnie o swojej obecności. Mike miał ochotę zaprzyjaźnić swoją pieść z jego zębami, ale skapitulował, uświadamiając sobie, że agresja towarzyszy agresji, a nie miał dziś siły na zabawy w dobre wróżki i udobruchanie swojego osobistego terrorysty. Skończyłby pewnie dłonią w ręku, a Kurtz z raną po postrzeleniu.
OdpowiedzUsuń— Strasznie wrażliwie z ciebie chłopiec — zauważył z niebezpiecznymi iskierkami tańczącymi w oku i psotnym uśmiechem wykrzywiającym usta. — Wszystko sprowadza się w twojej egzystencji do jednego, nieprzymuszonej kurwicy.
Havoca zawsze bawiła reakcja mężczyzny na znajdującą się na jego palcu obrączkę, która towarzyszyła mu dzień w dzień i nie chciał się jej pozbyć ni to z przyzwyczajenia, ni to dla przyjemności, którą czerpał na widok zezłoszczonych oczu Kurtza, ni to przez funkcję jaką pełnia, odganiając od niego potencjalne kandydatki na romans. Miał jeden, upierdliwy, nieznośny, hałaśliwy, wystarczający.
— To szacunek — odparł — ale definicja tego słowa może być trudna dla twojego ptasiego móżdżku, więc interpretuj to do woli. — Pomachał mu złotą błyskotką przed nosem, tylko po to, aby objąć swoimi ustami tych należących do niego i zagryźć zęby na jego dolnej wardze. — Usatysfakcjonowany odpowiedzią? — zapytał, unosząc sugestywnie brew. — Zajmij mnie czymś — zażądał i ziewnął, nie fatygując się na stłumienie tego odruchu w dłoni, pozwalając swoimi zarazkom krążyć po pomieszczeniu.
Było z nim źle, naprawdę źle, a ciepło bijące od ciała Dante działa zbawczo i uspokajająco na niego, sprzyjając snowi.
Havoc
Nie dała po sobie poznać, że dziwi ją to "dobrze w końcu". Minęły lata od kiedy po raz ostatni mówiło się o Gyspy. Holly wówczas latała w parze z bratem, nawet mówiło się o nich jako o jednej maszynie. Gyspy Danger. Myślała, że wszyscy już o tym zapomnieli. Nawet tamten typ myśliwców, eagle, wyszedł z użycia. Teraz cały czas coś wychodziło z użycia. Wujek, ten od drona, pamiętał czasy, kiedy wynalazki dzielił większy interwał czasu niż pół roku od odkrycia do odkrycia.
OdpowiedzUsuń- Większe wrażenie robią od środka - powiedziała pogodnie, uśmiechając się w do bólu zwyczajny, serdeczny sposób. Za takie uśmiechy nie dostaje się Oscara, ale z całą pewnością można poprawić nimi komuś dzień.
Rozmowy z wyższymi stopniem musiały być niemożliwie formalne. Może w kantynie konwenanse były łaskawsze, ale nie chwilę przed misją. Dlatego nie powiedziała, że na niego czekała. On dowodzi, więc to jasne, że ona na niego czeka. A teraz razem czekają na oficjalne pozwolenie na start.
Przyszło. Usłyszała w komunikatorze beznamiętny głos komputera powtarzający cel misji, jej dane, dane starhawka, potwierdziła zgodność, a sekundę potem panele przy podłodze zalśniły niebieskawym światłem, wskazując drogę do myśliwca.
Podłącz kombinezon, sprawdź. Uruchom pierwszy silnik, sprawdź. Systemy, sprawdź. Rozgrzewaj pozostałe silniki.
- Gyspy melduje gotowość - zakomunikowała. Tym razem nie udało jej się ukryć podniecenia w głosie.
Starhawki były najdoskonalszymi maszynami, w jakich latała, a ten wydawał się jej najdoskonalszy z nich wszystkich. Wszystko na swoim miejscu, ona i maszyna - Gyspy.
Holly Tienert
Mike nie uwierzył w jego słowa. Może wiedział w nim coś, czego sam właściciel ich nie dostrzegał, może był zbyt wielkim „optymistą” doszukującym się zalet wśród tony agresji i wyrzucanych przekleństw z prędkością karabinu maszynowego, może tworzył nadinterpretacje dantowego zachowania, które siłą rzeczy często wymykało się spod kontroli, ale pewny był jednego – pozbawiony skrupułów prostak nie przejmowałby się błahostką w postaci obrączki, będącej symbolem dawno wymarłych uczuć do najprawdopodobniej nieistniejącej już w tym świecie kobiety.
OdpowiedzUsuńKurtz się przejmował, bardzo przejmował. Furia pobłyskująca w oczach, usta wygięte w grymasie, ręka zaciśnięta w pięść i setek gróźb w towarzystwie łaciny kuchennej, te elementy sprawiały, że wykreowany przez niego image znikał, zamieniając się miejscami z wrażliwością.
Mike pokochał ją bezwarunkowo.
— Hm? — zamruczał. — Nie skorzystam z oferty. Albo zniesiesz jej obecność, albo pozwolisz mi spać.
Wzruszył ramionami, zapalając kolejnego papierosa. Dante nie miał na niego tak dużego wpływu, jakby pewnie chciał. Havoc nie drżał na jego widok, nie gubił języka w gębie podczas rozmów z nim, nie dawał się unicestwić dumnemu spojrzeniu. Zdążył przywyknąć.
Uśmiechnęła się, chociaż nawet gdyby miała przed sobą coś więcej niż ekran starhawka, hełm i tak zakrywałby ten uśmiech. Uśmiechnęła się tak po prostu, czując przyjemne mrowienie w opuszkach palców, gdy zainicjowała lot.
OdpowiedzUsuńDwie osoby wiedziały, o czym myśli Gyspy przed startem, tylko tym dwóm o tym powiedziała. Jej ojciec i doktor O'Mara. Ten drugi musiał wiedzieć, ten pierwszy pewnie wiedział, ale Gyspy czuła się spokojniej ze świadomością, że to ona mu powiedziała, a nie wyczytał tego w jej myślach.
- Spokojna, kapitanie - odpowiedziała bez namysłu i poczuła, że mówi prawdę. - I skoncentrowana.
Przelecieli przez śluzę, prosto w ciemną przestrzeń. Jeden z ekranów pokazywał obraz z zewnątrz, obecnie planetę okrytą chmurami, spomiędzy których prześwitywał błękit. Nie było widać Wielkiego Muru, to tylko bajka z Trivial Pursuit, starej gry planszowej.
Statek zwiadowczy typu omega-11 dołączył do nich po sześciu minutach powolnego lotu.
- Halo jeden melduje się na stanowisku - zabrzmiał męski głos dowódcy omegi.
Gyspy pochyliła maszynę na lewe skrzydło, jednocześnie wznosząc się ponad omegę. W najwyższym punkcie manewru obróciła starhawka do góry brzuchem, wciąż się przemieszczając, by przy zniżaniu lotu wrócić do "normalnej" pozycji, z tym, że po lewej stronie omegi. Tu, gdzie było jej miejsce w formacji.
Popisywanie się? To nie w stylu Tienert, po prosty wybrała najszybszy manewr, który tylko przypadkiem był jednym z bardziej efektownych.
- Gyspy na pozycji - zameldowała. - Czekam na rozkazy.
Holly Tienert
[Napisz ze mną wątek, napisz ze mną wątek...]/Cesar
OdpowiedzUsuń[Skoro uwielbiasz to nie wywiniesz się od wątku. Pozwolę Ci nawet go wymyślić, o!]/Cesar
OdpowiedzUsuń[Ciekawy pan. Agresywny się trochę wydaje. Lubię takich:)]
OdpowiedzUsuńV.H.
Bez obaw, złotko odpowiedziała w myślach, pilnując, żeby nie wypowiedzieć tego na głos. Latanie w formacji należało do rzeczy, w których była najlepsza. Chociaż inne statki widziała tylko na ekranie, bezbłędnie czuła je w przestrzeni. Chociaż między myśliwcami leciała omega, dzioby starhawków tworzyły idealną linię. Ekran nie mógł tego stwierdzić, ale Holly miała tę pewność.
OdpowiedzUsuńStandardowy przelot z Księżyca na Ziemię powinien zająć około czterdziestu minut od otwarcia śluzy. Dwadzieścia pięć, a już szykowali się do wejścia w atmosferę. Dziesięć minut temu zaczęli wytracać prędkość i komputer pokładowy informował o gotowości do wejścia w atmosferę.
Holly czuła się dumna. Dumna z tej formacji, której kapitanowie wiedzieli, co robią. Zostało jej jedynie czekać na rozkaz rozproszenia na czas wejścia w atmosferę. Gdy naszedł, odsunęła się na bezpieczną odległość i uruchomiła silniki, za sprawą których starhawk zaczął opadać. Wchodzenie dziobem w atmosferę tylko w wyjątkowych sytuacjach nie kończyło się zgonem. Omedze nie groziło nic takiego z braku wyraźnego dzioba, ale również ten statek opadał w kierunku Ziemi do całkowitego wejścia w atmosferę.
Jeśli ktoś to widział, musiał oglądać naprawdę piękną rzecz - kropka na niebie zmienia się w owal, wreszcie pojawia się pełna sylwetka starhawka.
Holly Tienert
[Oczywiście, że wątek chcę. Odstrasza? Coś Ty, to nowe wyzwanie dla mnie jak i Virginii. Mam nawet pewien pomysł na wątek, nie wiem jednak, czy Ci się spodoba.
OdpowiedzUsuńTak z ciekawości podczytywałam wątek Dantego z Mikem. Wiem, że są - jakby to ująć - dość blisko. Nie wiem czy wiesz, ale Virginia jest Trishą, żoną Havoca. Ona tego nie pamięta, ale wydaje mi się (choć nie wiem, czy słusznie), że Dante musiał kiedyś widzieć zdjęcie Trishi, chociaż jedno, schowane gdzieś w szafce ze skarpetkami. Mało się zmieniła raczej po dwóch latach, więc jest łatwo rozpoznawalna. Kurtz nie pałałby do niej na początku na pewno sympatią, w końcu nie chce się dzielić Mikem.]
V.H.
[To jest akurat najmniejszy problem. Mogą spotkać się wszędzie. To już od Ciebie zależy. Może być tak, że on ją gdzieś zobaczy, nie będzie umiał uwierzyć własnym oczom, pójdzie za nią czy coś takiego... Nie wiem niestety, czy Dante byłby do tego zdolny.]
OdpowiedzUsuńV.H.
Nie mógł jednoznacznie stwierdzić, że prośby Kurtza na niego nie działały. Ich działanie było równie mocne, co posmak papierosa na ustach, bo rzadko kiedykolwiek wykrzesał z siebie ten gest, wypowiadając to jedno, magiczne słowo, które było kolejnym dowodem na to, że człowieczeństwo z niego nie uciekło, a maska rasowego skurwysyna wyparowała. Dante czasem mu imponował, tak po prostu. Mike chyba nawet nie był do końca świadomy, że obdarzył ten ładunek wybuchowy takim silnym uczuciem. A może był, tylko wmawiał sobie, że nie jest.
OdpowiedzUsuń— Kompromisów to ty zawierać nie umiesz — mruknął, muskając go delikatnie swoimi ustami, po to tylko, by po chwili je od niego oderwać. Jeszcze chwila i Havoc pierwszy raz od dawna ją ściągnie, wypełniając mężczyznę chorą satysfakcją. — Mówiłem ci już, że jestem piekielnie zmęczony. Jutro znów to samo. Pobudka o piątej, imitacja kawy, brudne buciska i w drogę. Chcesz żebym wykitował? — zapytał, uparcie jej nie ściągając, choć to, że ulegnie było tylko kwestią czasu. To spojrzenie, które wysyłał mu Dante zawsze działo cuda. — Obiecałem komuś, że nie dam się zabić. Trudno spełnić taką obietnicę, w stanie nietrzeźwości.
Skradł mu kolejny pocałunek, ni to subtelny, ni to zaborczy.
— Powinieneś wiedzieć to najlepiej.
Havoc
[Długością nie grzeszy, ale rozwinę się, obiecuję.]
OdpowiedzUsuńVirginia stała przed dużym bilbordem, ukazującym dawną Ziemię. Obfitą w zielenie, kolorowe kwiaty, błękitne wody. Względnie bezpieczną i dobrze prosperującą. Blondynka jak przez mgłę pamiętała wspomnienia z dawnego domu. Nikłe obrazy z młodzieńczych lat, parę, która miała odgrywać rolę jej rodziców. Reminiscencje ostatnich siedmiu lat całkowicie pokrył kurz. Zamknięte były gdzieś głęboko w jej podświadomości, a amnezja nie pozwalała ich odkryć. Virginia czuła, jakby utraciła cząstkę siebie. Myśli o przeszłości dopadały ją najczęściej, gdy była sama, gdy nie trzymała w ręku broni i nie walczyła. Wtedy zastanawiała się, jaka była kiedyś. Co robiła, z kim się spotykała, jakie miała poglądy i idee. Momentami czuła, jakby ukradła czyjeś ciało i włożyła do niego swoją, jedyną znaną przez siebie, osobowość.
Zamrugała kilka razy, łzawiąc już od jaskrawych kolorów bilbordu. Odwracając się, zahaczyła ramieniem o jakiegoś mężczyznę.
- Wybacz - powiedziała. Skinęła delikatnie głową i poszła w swoją stronę.
V.H.
[Okej, ja mam pewien pomysł. Cesar rzadko się odzywa, teoretycznie wcale, wszystko przekazuje na różne, inne sposoby, niekoniecznie zrozumiałe dla innych. Mogliby jednak z Kurtzem mieć dość specyficzną relację i ten jednak wyrzucałby z siebie choć kilka słów. W momencie, w którym statek by się zepsuł, Dante nie miałby oporów, żeby przyjść do mojego Ruska, żeby ten sprawdził, co da się zrobić. I teraz dwie opcje: mogłoby być tak, że wątek zacznie się po tej sytuacji, mogliby zacząć rozmawiać o tym, co działo się przed całą akcją, co robili na ziemi itp., przez co Cesar raczej by się zdenerwował. Albo możemy bawić się w naprawę statku. Albo zrobić coś gejowskiego, bo why not.]/Cesar
OdpowiedzUsuńSiedziała w starhawku kilka sekund dłużej niż to było konieczne. Opuszczanie maszyny było równie nieprzyjemne, co wstawanie z łóżka, gdy śniło się wyjątkowo przyjemny sen.
OdpowiedzUsuń- To zaszczyt słyszeć takie słowa z pańskich ust, sir - odpowiedziała automatycznie, co nie znaczy, że nieszczerze. Znała reputację Kurtza i zastanawiała się, czy nie jest na wyrost. Jak na razie podczas tej misji pokazał się z dobrej strony. Miała nadzieję, że tak zostanie.
Na zewnątrz musiało być chłodno, bo nie przeszkadzał jej gruby kombinezon pilota. Gruby i ciężki, ale w tym ciężarze było coś krzepiącego. Powietrze pachniało górami. Ostry, zacinający wiatr targał wysokimi drzewami. Gdzie wylądowali? Jakiś klif? Góra? Posadzili statki na łące, w pobliżu znajdował się tylko jeden murowany budyneczek, na dachu miał sporą antenę. Przypominał dziecięcy rysunek, antena za bardzo zaburzała proporcje.
- Południowa Walia - poinformował głos, który zidentyfikowała jako Halo 1. - Ta stacja. - Machnął w stronę budyneczku. - Ostatnio notuje wysoką aktywność dronów w okolicy. Kilka razy dziennie, więc jest nadzieja, że na noc wrócimy do domu.
"Do domu". Wypowiadał się tak o Księżycu, ale chyba nieszczególnie wierzył w to, co mówi.
Antena na budyneczku obróciła się na wschód. Holly zmarszczyła czoło. Tak szybko?
Zaraz jednak usłyszeli kroki, jakby ktoś wspinał się po wzgórzu. W istocie. Mężczyzna, po pięćdziesiątce, z wyraźną nadwagą, w okularach, z siwymi włosami wymykającymi się spod brzydkiego beretu.
- Jak dobrze, że ktoś odebrał mój sygnał! Wiedziałem, że przylecicie! - wysapał z trudem.
Holly Tienert
[Mam odrobinę szalony pomysł. Jeszcze na ziemi Dante mógł mieć znajomego/członka rodziny/sąsiada (niepotrzebne skreślić) w więzieniu. Pewnego razu w sali odwiedzin, obok stolika Kurtza, mógł siedzieć Cesar. Po zmianie lokacji, z początku mógłby nie wiedzieć skąd kojarzy twarz Ruska. Dopiero podczas tej naprawy przypomniałby sobie okoliczności ich przypadkowego spotkania (przy okazji jasne byłoby dlaczego Cesar stara się o odrobinę inne relacje, on pamięta, więc chce zrobić lepsze wrażenie, co by ten w żaden sposób nie skojarzył go z więzieniem, mogłoby to przynieść mu negatywne konsekwencje). W zależności od reakcji Kurtza, sprawy mogą potoczyć się różnie. Ten może się wkurwić, że Cesar to przed nim zatajał, a poza tym to chore, że w ogóle pozwalają mu chodzić wolno. Mogą się pokłócić, przejść do rękoczynów - w tym momencie Cesar znów może zaskoczyć, nikt po nim nie spodziewa się żadnej zwinności, bo chodzi jakby miał kij w odbycie. Tym bardziej nikt nie podejrzewa, że jest silny czy zna sztuki walki. Ale dalej, wylądowaliby na ziemi. To moment, w którym obaj zauważają, że mają wzwód. Zawsze ciekawie. Jak to dalej rozwiniemy, zależy od nas. Albo na przykład, mogą zacząć rozmawiać o więzieniu na spokojnie, najlepiej przy butelce wódki, obsmarowani olejem i smarami, skończyć gdzieś brudni i spoceni. Jak ta relacja rozwinęłaby się później - możemy kombinować, dramatyzować i zrobić im z życia piekło. Drama queeeeeen.]/Cesar
OdpowiedzUsuńSpanie w towarzystwie nadpobudliwego Niemca, bez dania mu tego, czego chciał, było prawie awykonalne, Havocowi zdarzało się to tylko okazyjnie.
OdpowiedzUsuń— Sam widzisz, co robisz z człowiekiem o tak słabej woli, jak ja — wymamrotał, nie spodziewając się, że Dante wykrzesa z siebie tyle pokładów „miłości”. Jego pocałunki były inne niż zwykle, porównywalne z delikatnym muśnięciem wiatru w policzki, nie było w nich ani zarezerwowanego miejsca na agresji, ani predyspozycji do pozostawiania na skórze obecności ust, która zostania zmyte po upływie kilku dni, a może tygodni. Wszystko było zależne od tego, jak bardzo pilot się starał. Podporucznik nie stwierdzał tego wszystkiego na bazie dotyku, bo czucie czegokolwiek w jego przypadku było sporadyczne, niemal nieistniejące, widział to w ruchach mężczyzny, które poniekąd znał na pamięć.
Po dawce tej przyjemności, Mike był gotowy, aby wykrzesać z siebie trochę dobroci, przy okazji uwydatniając swoją słabości do tej chodzącej własnymi ścieżkami destrukcji.
— Możesz ją ściągnąć. Pozwalam ci. Ten jeden raz.
Podkreślenie tego ostatniego zdania było koniecznie, bo dewiza „daj mu palce, a weźmie całą rękę” doskonale sprawdzała się w czynach Niemca. Brał wszystko z nawiązką, nie przyswajając sobie do głowy płynących z tego konsekwencji. Był typem posiadacza, co czasem Mike drażniło, a czasem satysfakcjonowało, zwłaszcza w momentach, kiedy spotykał się z bezgraniczną zazdrością w gestach mężczyzny, ale przypominanie mu tego, że Havoc nie jest jego własnością, było do życia potrzebną koniecznością. Traktowanie przedmiotowe zawsze wywoływało skrywaną w nim agresję, dlatego Kurtz musiał znać granice przyzwoitości swoich działań. Zwłaszcza TAKICH działań.
Havoc
[A wiesz, że Dante idealnie by pasował do tej roli? Po pierwsze, kocham to imię, więc właściwie zostałam już kupiona. Po drugie, w moich planach były Emery również jest pilotem, a jednym z wielu powodów ich rozstania miała być właśnie rywalizacja, ponadto fakt, że oboje są dowódcami eskadr dodawaliśmy wszystkiemu smaczku, ale skoro Dante jest przerażony tą trzyletnią różniącą wyglądającą niczym przepaść nie do przeskoczenia, trzeba będzie pomyśleć o czymś innym;) Wydaje mi się, że dwa tak silne charaktery będą się ze sobą często ścierały, pozostawiając za sobą tornado - kłótnie odnośnie wszystkiego, zaczynajac od tego, kto stał pierwszy w kolejce po śniadanie, kończąc na różnorodnych taktykami walki i sposobach dowodzenia, ale gdy przychodzi co do czego, potrafią w powietrzu stworzyć wspaniale dopełniający się zespół.]
OdpowiedzUsuńEmery
[Jesteś pewna? Bo jak dla mnie to on wydaje się być przerażony. Nie dziwię się, Emery trudno opanować, pewnie Dante w końcu stwierdził, że nie wytrzyma psychicznie;)
OdpowiedzUsuńA tak na serio - w mojej głowie nieśmiało kiełkował pomysł odnośnie relacji z byłym chłopakiem, ale jeszcze nie do końca się pojawił. Otóż zanim zostali wybrani na dowódców, musieli przejść przez szereg testów. W pewnym momencie z anonimowego źródła do przełożonych dotarłaby wiadomość odnośnie wydarzenia z przeszłości Emery (jeszcze niesprecyzowane), o którym wiedział właściwie tylko Dante. Emery sądząc, że Dante chciał w ten sposób pozbyć się jej z konkurencji, powiedziałaby, że nigdy więcej nie chce mieć z nim do czynienia (a to, że cały czas nosi zawieszony na łańcuszku pierścionek, który od niego dostała, to już mały szczegół xD). Ponadto Dante to tyran, więc lubi kontrolować innych, a Emery tego nienawidzi, więc pewnie często dochodziło między nimi do spięć. Może właśnie po rozpadzie tego związku Dante zdecydował, że czas odpuścić, bo najwyraźniej nie jest w stanie stworzyć normalnego związku.
Jak oni się nie pozabijają - to będzie osiągnięcie.]
Emery
[Emery sobie z tym poradzi. W końcu dowodzi całą eskadrą, będzie umiała przeciwstawić się gniewowi Kurtza. To raczej on powinien obawiać się jej i tego, co się z nim stanie, gdy nadwyręży jej granice cierpliwości.
OdpowiedzUsuńPonieważ jestem taka łaskawa, pozwolę ci zacząć;)]
Emery
Wojsko. Tylko to miało nad nim władzę i swobodnie nim manipulowało. W obliczu militarnej potęgi Sojuszu i swojej przynależności do niego był małym ziarnkiem pyłu, unoszącym się nad ziemią. To absurdalne, że ta organizacja odebrała mu wszystko, jednocześnie dając mu to samo, a do tego zaliczał się również Niemiec, którego momentami traktował jak ostatnią deską ratunku. Czerpał silę z jego słów, pocałunków, czy nawet złości. Był beznadziejnie uzależniony od jego osoby, ale przyznanie tego nie było trudne, wręcz przeciwne, przychodziło mu z niebywałą łatwością. Bo to Kurtz był ich definicją, w której może podświadomie doszukiwał się elementów dawnej świetność.
OdpowiedzUsuńOh, gdyby tylko wiedział, jakim Havoc jest wrakiem, nie podarowałby mu tego wszystkiego, prawie nic nie biorąc w zamian.
— Za kogo ty mnie masz — prychnął, niby obrażony, ale tylko dla reguły, aby się z nim trochę podrażnić, aby nie zwariować, bo nawet to obrączka poniekąd również świadczyła o tym, że jeszcze żył, mimo sporadycznie innego wrażenia. Stanowczo za dużo elementów musiało mu to udowadniać.
— Nie dziw się, łaskawco. Dziś wszystko zależało od trzech kubków kawy. Pięć, tyle powinno ich być — odparł, robiąc sobie z ramienia mężczyzny naturalną poduszkę. Położył na nim głowę i zamknął oczy, nie spodziewając się, że pozbycie się obrączki wymusi na Dante trochę posłuszeństwa. Miła odmianę.
Havoc
[To jak, piszemy ten nasz wątek?:)]
OdpowiedzUsuńV.H.
[Ach, to dobrze, bo już się martwiłam, że coś zmaściłam.]
OdpowiedzUsuńV.H.
Havoc obudził automatycznie wpół do piątej, ze zdumieniem rejestrując obecność Kurtza. Przyjrzał się jego nienaturalnie spokojnej, zdominowanej przez sen twarzy i wygiął usta w delikatnym uśmiechu, tradycyjnie zapalając porannego papierosa. Złożył na ustach pilota przelotny całus w towarzystwie protestu stawów i wyswobodził się spod władzy ciasno oplątującego go ramienia mężczyzny, nie chcąc go niepotrzebnie budzić.
OdpowiedzUsuńZrezygnował tymczasowo z porannej kawy, w drodze pod prysznic pozbawiając się przeszkadzającej w tej czynności części garderoby. Wszedł pod niego, wyczekując zbawczego działania warkocza wody. Chłodnej. Od tej porze tylko taką serwowano , zresztą w kranach zazwyczaj płynęła tylko taka, coby za bardzo nie rozpieszczać nikogo i prowokować do lenistwa w charakterze wylegiwania się w wannie, którą Havoc z własnej przymuszonej woli nie posiadał. Nie miał najzwyczajniej świecie na to czasu i nastroju. Nigdy.
Krople skapywały leniwie po ociężałym, jeszcze na wpół sennym ciele, zmuszając go do działania.
— Znów wstałeś lewą nogą — zweryfikował, słysząc nad swoimi uchem chaotyczny oddech w zestawie z ustami, które zaborczo zacisnęły się na jego płatku, pozostawiając na nim charakterystyczny ślad po zębach.
Przygryzł delikatnie wargę. Miał na niego ochotę. Chyba bardziej niż na kawę i kolejnego papierosa. Pierwszy zniknął w odpływie w towarzystwie wody.
— Plecy mi umyj.
[Znam ten ból.]
OdpowiedzUsuńVirginia uniosła delikatnie ręce ku górze. Zauważyła, że mężczyzna był spięty i pod denerwowany. Nie miała ochoty ani siły, żeby się z nim kłócić. Nawet nie miała o co, a zwykłej zaczepki też nie szukała. Na pewno nie dzisiaj. Powoli odeszła w przeciwną stronę, poprawiając mundur.
Idąc, układała już plan następnego dnia. Wiedziała, że wstanie jak zwykle o piątej trzydzieści. O szóstej pójdzie na trening, później pewnie na strzelnicę. Robiła tak nieustannie od ponad dwóch tygodni. Ciągnęło ją do broni, adrenaliny, pewnego rodzaju strachu. Tak właściwie nic innego jej nie pozostało.
Mijając i witając się z podporucznikiem Sykesem, zauważyła w oknie odbicie tego samego mężczyzny, którego niechcący zahaczyła ramieniem. Zmrużyła oczy i przyśpieszyła kroku. Widząc, że nieznajomy zrobił to samo, skręciła w najbliższą wolną uliczkę. Gdy tylko zza zakrętu pojawił się żołnierz, Virginia z całej siły jaką posiadała, chwyciła go za mundur i przyparła do muru.
- Dlaczego mnie śledzisz? - spytała, wpatrując się w jego oczy ze złością.
V.H.
Oddychając głośno, odsunęła się od niego. Szybko go zlustrowała, przeczesując palcami blond włosy. Po ilości gwiazdek na mundurze i ułożeniu ich wywnioskowała, że jest podoficerem.
OdpowiedzUsuń- Jakie powody, żołnierzu? - spytała. W jej głosie wciąż pobrzmiewała nutka złości, a w oczach nadal było widać ten dziki blask.
Nie mogła zrozumieć, dlaczego ją śledził. Może zrobiła coś w przeszłości? Może była kiedyś kimś dla niego znaczącym? Może kogoś mu przypomina? Wyprostowana stała przed nim, oczekując odpowiedzi. Była na tyle blisko, aby w razie potrzeby pochwycić go rękami, żeby nie uciekł.
- Starszy chorąży Virginia Hale - odpowiedziała po chwili. Uniosła delikatnie brwi, spoglądając na jego twarz.
V.H.
Nieznajomy roztarł dłonie, choć nosił grube skórzane rękawiczki. Kiedy zaskoczenie minęło i Holly miała czas, żeby mu się przyjrzeć, doszła do wniosku, że ten człowiek nie wygląda na przypadkowego turystę ani pasterza owiec. Miał mocne buty trekingowe i termoaktywny sweter, który tylko przypominał archaiczną wełnę. Z kieszeni spodni wystawała srebrna obudowa holokomputera.
OdpowiedzUsuń- Mogę kazać im przelecieć obok nas, jeśli to cię ucieszy, synu - powiedział niemal pogodnie. - Tak, tak, to ja je wysyłałem. Musiałem ściągnąć czymś waszą uwagę.
Kapitan Halo 1 sprawdził, czy ma na miejscu służbową broń, ale zaraz cofnął rękę. Nie dowodził tą misją i bez pozwolenia Kurtza nie mógł nawet pogrozić bronią.
- Erik Fairbanks - przedstawił się starszy mężczyzna. - Gdybym wam wysłał wiadomość, nie uwierzylibyście. Musiałem jakoś przyciągnąć uwagę wojska.
Umilkł na chwilę, jakby zmęczyło go mówienie. Teraz wydawał się Holly jeszcze starszy.
- Czy ja pani wcześniej nie spotkałem? - zapytał, zupełnie zmieniając temat.
- Mam pospolitą twarz. Dlaczego uznał pan za konieczne ściągnięcie tutaj wojska?
- Na moich oczach zniknął cały klif. Kamery to zarejestrowały. Chodźcie, mam dom niedaleko.
Holly zauważyła, że Halo 1 ma ten sam odruch - patrzeć na przywódcę z twarzą przypominającą obojętną maskę. Fairbanks na próżno szukał zrozumienia w jej oczach. Dziś słuchała rozkazów.
Holly Tienert