środa, 28 stycznia 2015

bang bang

Podporucznik Mike Havoc
dowódca drugiej drużyny pierwszego plutonu (1/5)*
27 lat na karku <> zawodowy żołnierz <> broń palna przedłużeniem dłoni <> brak wyobraźni przestrzennej  <> powody zawsze są prozaiczne <> HSAN <> zwyczajowy ni to rozbawiony, ni to impertynencki uśmiech motywem prowokacji wszystkich wokół <> obrączka na palcu <> zręczne posługiwanie się nożem, używanie go ostateczną koniecznością
Zdrowy rozsądek znika gdzieś pomiędzy fusiastą kawą a drugim, może trzecim papierosem drapiącym w gardło i wywołującym w płucach specyficzne mrowienie. Potem jest czwarty, piąty i szósty, i sześć kolejnych. Pozostawiają na ustach drażliwy posmak, roztaczając wokół „słodki” zapach nałogu. Jest wszędzie na rękach, ubraniu i nawet we włosach, i Mike już dawno przestał na niego zwracać uwagę. Skutecznie neutralizuje ten smród życia pchający się do nozdrzy z czterech stron świata. Dwie paczki dziennie, ot, tyle z tego wszystkiego przyjemności, która sukcesywnie doprowadza do bankructwa i hodowli zwierzątka w postaci raka, a Havoc lubi, nie, bardzo lubi go dokarmiać czy to świadomie, czy mniej świadomie.
Może powinien złożyć światu przysługę i wywinąć się od życia, gdy do jego drzwi zapukała takowa okazja, może, ale jego ateizm ma się dobrze, a patriotyzm trochę mniej. Teraz przy życiu utrzymuje go tylko dług wdzięczności zaciągnięty u pewnej osoby w wyjątkowo skwarny dzień mogący się mierzyć wyłącznie z piekłem, złożona mimochodem obietnica rozwijana dawno przez zanieczyszczony wiatr, stęchła we krwi adrenalina, jednostronna miłość do naciskania za spust, słabość do odgłosu wystrzału i oczywiście papierosy.


Witam, karta taka sobie, trochę mi za nią wstyd i mam tremę. Zdjęcie zmienię, jak znajdę lepsze. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam.
Zapraszam do wspólnego wątkowania. Lubię wszystko co toksyczne i pokręcone.
Właścicielka obrączki do pary do przejęcia. Konsultacja drogą mailową (lalkarz.zwlok@gmail.com).
*Havoc przyjmie każdą parę rąk do swojej drużyny. Jedynym wymogiem jest hart ducha.

36 komentarzy:

  1. Witamy serdecznie, podporuczniku.
    Noś mundur dumnie, opiekuj się swoimi ludźmi, nie zawiedź.
    I pamiętaj, że jesteś na liście ulubieńców O'Mary (poważnie, masz wrażenie, że tego człowieka widziałeś już więcej razy niż własną babcię). Tak z ciekawości, głównie ciekawości O'Mary, jaka dokładnie neuropatia Cię nęka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To miłe, bardzo miłe. Chyba. To ta neuropatia obawiająca się niezdolnością do odczuwania bólu. I dziękuję za powitanie.

      Usuń
  2. Chodził wściekły od samego rana, ludzie którzy trafili do jego eskadry dziś odczuli wyjątkowo jego zły humor, by zjechał po całości chyba każdego. Trzeba było jednak przyznać, że ta nieszczęsna grupka miała i szczęście posiadając jego za dowódce, bo z takim zginąć było ciężko, był zbyt wielkim perfekcjonistą by pozwolić na błędy. Wszystko jednak tylko pogorszyło się już całkowicie kiedy jakiś durny dzieciak po cichu wpakował się do starhawka i uszkodził maszynę.
    Dante miał ochotę go rozszarpać bo uszkodzenie było dość poważne, nawet mechanicy byli niepewnie czy da się to szybko naprawić. Kurtz wiedział, że potrzebują tej sztuki też, w tej chwili było ich tylko dziesięć na jego eskadrę, bo mieli najszybciej zejść z symulatorów i zacząć treningi w myśliwcach.
    Kiedy już skończyło się szukanie winnych i zrzucanie po kolei winy na każdego za to co się wydarzyło, Kurtz ulotnił się stamtąd. Ludzi schodzili mu z drogi, większość już poznała go i wiedziala, że to chodząca bomba o opóźnionym zapłonie. Nikt nie chciał by wybuchła przy nim. W tym beznadziejnym miejscu, jak ostatnio zaczął twierdzić Kurtz, była tylko jedna osoba z którą mógł porozmawiać, która nawet jeśli dostawała w twarz to oddawała i zmuszała go do mówienia co się stało.
    To do niego właśnie wpadł i trzasnął drzwiami, rzucając na prawo i lewo całym zasobem przekleństw jaki posiadał, a było tego bardzo dużo.
    Złapał Mike za szyję, sam nie wiedząc co chce dalej zrobić; udusić go czy pociągnąć do pocałunku w który wsadziłby cały swój gniew. W końcu nie zrobił ani jednego ani drugiego, za to skrzywił się gdy w twarz dmuchnięto mu dymem i uderzył go w pysk z pięści. Cios padł na szczekę, jak zwykle, uderzenie zawsze zostawiało siniaka na skórze.
    - Gdzieś mam czy jesteś w nastroju czy nie – warknął, trzęsąc się lekko z nadmiaru złości. Nie potrafił radzić sobie z agresją już od kilku lat, ale to widać nie ważyło tak bardzo na jego karierze wojskowej.
    Gdy Mike wyraźnie pojął powagę sytuacji, to o dziwo i Kurtz uspokoił się odrobinę. Usiadł obok na łóżku, by zaraz wyciągnąć się wygodnie na materacu.
    - Jakiś durny dzieciak uszkodził myśliwiec, cholerny idiota. Wpakował się do maszyny, chociaż nie miał żadnego prawa tego zrobić, zrzucano ciągle winę na inne osoby, aż wyszło, że to ja powinienem go pilnować – prychnął oburzony nadal tym.- Ja! Kurwa, ja powinienem. Czy ja jestem tu kurwa niańką?! - przetarł twarz dłońmi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurtz w jakiś sposób docenia to, że Havoc nie karci go za pewne zachowania, a jedynie mówi, że coś mu się nie podoba, co w większym stopniu i tak ignoruje Dante. Ich znajomość osiągnęła jakoś zaskakująco wygodny poziom, byli gdzieś między przyjaźnią, a czymś więcej.. lecz zatrzymali się na bezpiecznym poziomie, dzięki czemu ich relacja nie ucierpiała z czasem.
    - Prawda, cholernie lubię być przyczyną siniaków na twoim ciele, mijając cię na korytarzu wiem, że to przeze mnie masz sińca i to jest zajebiste – przyznaje bez wahania, tak w końcu to wygląda. Każde zasinienie jest jak wyrafinowany podpis Kurtza, bo On lubi oznaczać to co potencjalnie jest jego. Ah, te podejście, wręcz pies ogrodnika, sam może nie wziąć, ale innym też nie odda.
    Uderzył go lekko w bok kiedy usłyszał by zmienił kwalifikacje.- a pierdol się, Havoc – burknął. Szukał wsparcia, a nie docinek, no dobra, ich też szukał bo Mike umiał dogryzać na poziomie, nie robił to w mdły sposob, co bardziej nużyło niż irytowało czy bawiło.
    - Ah, nie kuś człowieku, zabawiłbym się w selekcję naturalną. Nie wierzę jakim cudem większość kadetów przeżyła dzieciństwo, patrząc jak zachowują się, powinni być już na drugiej stronie – spojrzał na mężczyznę gdy ten oparł głowę na jego ramieniu. Czuł chęć by objąć go, ale powstrzymał się, nie umiał zdobyć się na wiele gestów bo nie wykonywał ich zwykle.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedyś Dante nie mógł zdzierżyć zapachu papierosów, jaki roztaczał wokół siebie Mike, lecz z czasem na jakimś poziomie przywykł i ta woń już kojarzyła mu się tylko z Havociem. Czasami jednak było tego i tak za dużo dla niego. Mike był jak chodzący papieros.
    - Urlopy nie są dla mnie, muszę mieć zajęcie...muszę coś robić bo świruję – stwierdził z grymasem. Spokój jaki nagle odczuł, przypadł mu do gustu, było to przyjemniejsze niż wściekanie się, zaskakujące jak obecność tego gościa, uspokajała go. Chociaż to wcale nie oznaczało, że robił się potulny, czasami miał chwilę gdy był znośny dla otoczenia, lecz szybko robił się bestią.
    Uniósł lekko brew gdy ten oznajmił, że idzie spać.
    - Jesteś kurwa wielce pomocny, trochę pogadał i już spać – prycha powoli znów zły. Przesuwa się nieco by wstać, ale wtedy Mike przytula się, zagarniając go dla siebie, jakby z Kurtza była przytulanka, a nie facet, który za moment może i bardzo chce nabić kolejnego siniaka mu.
    Obejmuje go lekko ramieniem, ale zaraz wbija mocno palce w jego żebra, każda jedna osoba odsunęłaby się po tym, lecz Dante zaraz przypomina sbie, że nie ma przy sobie kogokolwiek, tylko Havoca.
    - Nie będziesz spał – burknął, starał się zdenerwować go i zmusić do siedzenia z nim. Może to głupie, ale potrzebował trochę uwagi, nie wymagał przecież nic ponad siły tego tu.
    Przypadkiem zauważa na dłoni mężczyzny, która zaciśnięta jest na jego koszulce, coś co go denerwuje jeszcze bardziej. Obrączka, durna mała obrączka.- Ckliwy idiota – niemal warczy. Wiele razy już mówił mu by się tego pozbył, bo działało na Kurtza jak płachta na byka, choć nie umiał ogarnąć czemu tak jest.

    OdpowiedzUsuń
  5. [Podejrzewam, że wygląda podobnie do Ellarii Sand z GoT.
    Tyle miłych słów, jak słodko! Mogę próbować zrewanżować się pomysłem na wątek.
    Może jeden z ostatnich, którzy zginęli w Missouri, był kolegą Havoca? Choćby na zasadzie, że dostali sąsiednie prycze i lubili ten sam film. Podczas przenosin Ziemia-Księżyc dowództwo ogłosiło, że wyda przepustkę każdemu, kto wybiera się na pogrzeb, ale mało kto z niej skorzystał, właściwie Havoc był jedynym z Tezeusza na skromnej ceremonii, ale była też Holly, którą znał z widzenia.
    Wiem, że taki pogrzeb to ponure zaczęcie, ale mam wrażenie, że dobrze się rozwinie.]

    H.Tienert

    OdpowiedzUsuń
  6. Podobał mu się ten jego uśmiech, to psotne wygięcie warg pasuje bardzo do Mike. Nie mniej chce mu wręcz zedrzeć ten uśmiech z twarzy bo teraz działa negatywnie na niego przez słowa jakie padają do kompletu.
    - Jestem najmniej wrażliwą osobą w tym bagnie – warknął. Był arogancki, agresywny, wulgarny czasami może milszy i spokojniejszy, lecz na pewno nie wrażliwy, nigdy to pojęcie nie działało przy nim.
    Zmrużył oczy gdy mężczyzna pomachał mu złotą obrączką przed oczami.- Ty chcesz dziś pluć zębami, co? - krzywi się wyraźnie. Szacunek, też coś. Kurtz nie mógł tego pojąć, nie w tej sytuacji, to zwyczajnie nie miało sensu. Przerwał rozważania, kiedy poczuł znajome usta na swoich. Miał chyba cichą nadzieję na przyjemny pocałunek, co byłoby miłą odmianą, a zamiast tego poczuł ugryzienie na wardze i to dość mocne. Przeklną ostro, rzucając znów ładną wiązanką słów.- Kompletnie nie usatysfakcjonowany – odparł od razu, odrobinę się odsuwając od niego. Nie chciał zarobić kolejnego ugryzienia.- Zdejmij ją, a może zajmę cię...czymś – uśmiechnął się w ten typowy dla siebie sposób, było w tym coś niebezpiecznego.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niemały chaos powstał tego dnia, jednakże ściśle kontrolowany przez dowództwo. Wszystko za sprawą insektów szpiegujących, które opanowały już chyba całą bazę, mnożyły się jak nanoroboty i sprawiały wojskowym niemałe kłopoty. Czasem eksplodowały przed nogami jakiegoś niewinnego kadeta, pozostawiając na nim ciężko zmywalną czarną maź, czasem nagrywały jakieś intymne rozmowy i rozsyłały pomiędzy siebie i puszczały ze swoim mini-głośniczków, czasem upierdliwie papugowały słowa tych, którzy próbowali ich złapać i dezaktywować. Ale najbardziej upierdliwe były te, które przedostawały się do części zmechanizowanej i mieszały w systemach i automatyce, odłączały układy scalone, a nawet przeprogramywały poszczególne maszyny. Na szczęście tych inteligentniejszych było niewiele i były łatwe do wyśledzenia.
    Ten, kto je rozesłał, ba, ten kto je stworzył musiał być niemałym geniuszem, ale i najbardziej znienawidzoną osobą. Pewnie trochę potrwa zanim wykryją sprawcę, ale do tego czasu zatrudniono około tuzin kadetów, którzy mieli zlokalizować i dezaktywować wszystkie z pięciuset trzydziestu ośmiu insektów szpiegujących, a liczba się mnożyła z każdą godziną.
    Takie zadanie przypadło też Freeky, która o dziwo wzięła z wielką chęcią to zadanie. Bardzo ciekawił ją ten miniaturowy mechanizm, szczególnie tych latających jednostek, które było złapać najciężej. Po raz pierwszy chyba, założyła swój ciasny, czerwono-czarny kombinezon i zaopatrzyła się w odpowiednie narzędzia do tej misji.
    Kiedy torbę miała już w większości zapełnioną, według jej nawigacji ruszyła na tereny jednostki marines, w stronę sali symulatorów. Martwiło ją trochę, że kręci się po ich terenie bez przepustki, ale... miała ważną misję, powinni darować. Starała się nie zwracać uwagi na rzucane w jej stronę podejrzliwe spojrzenia marines, ale póki co, nikt nie zwrócił jej uwagi.

    OdpowiedzUsuń
  8. Najbardziej przygnębiające były pogrzeby, których uczestników dało się policzyć na palcach. Szczególnie wojskowe pogrzeby. Dokładnie takie, jak ten.
    Holly poznała kiedyś sierżanta, który chodził na wszystkie wojskowe pogrzeby, na jakie mógł. I na każdym płakał i szeptał coś pod nosem do zmarłego, zaczynając wypowiedź od "synu" lub "córko". Przekonała się o tym podczas pogrzebów pilotów myśliwców poprzedniej generacji. Tamte maszyny zabijały ludzi, w tym ludzi, których znała. Tamten projekt był jednym wielkim niepowodzeniem. Lubiła mówić o tym, jak eagle były lepsze od latających rzeźni, ale również eagle miały swoje ofiary.
    W tym jej brata. Tamten pogrzeb był pierwszy, najbardziej bolesny, choć przyszło mnóstwo ludzi. Potem długo unikała pogrzebów aż zjawianie się na niektórych stało się jej obowiązkiem. Właśnie wtedy zaczęła prawdziwie współczuć rodzinom.
    Nie znała Samuela Rosebuda. Nie słyszała tego nazwiska aż do dnia, w którym zginął, przygnieciony dwustukilogramowym blokiem metalu. Dostał w głowę, zginął szybko, tak przynajmniej słyszała w kantynie. To musiała być prawda, bo trumna była zakryta. Zakryta, na niej flaga Sojuszu, trochę kwiatów, zdjęcie młodego, opalonego chłopaka.
    Zjawiła się najbliższa rodzina; starsi państwo, on bez jednej nogi i na wózku, niska kobieta trzymająca na ręku dziecko musiała być siostrą zmarłego. Oprócz tego inny młody chłopak, chyba przedstawił się jako kolega z klasy, dwóch urzędników i mężczyzna w znajomym mundurze.
    Mundury Tezeusza i Ptaszyn nie różniły się od zwykłych wojskowych na tyle, by rozpoznać je na pierwszy rzut oka. Chyba, że przez ostatnie miesiące oglądało się je na okrągło.
    Ledwo złożyła kondolencje rodzinie, a mężczyźni w ciemnych garniturach przenieśli trumnę do karawanu czekającego przed domem pogrzebowym. Stąd na cmentarz jest raptem trzysta metrów, ale może chodził o oprawę.
    Wyszła na zewnątrz razem z żałobnikami.

    H.Tienert

    OdpowiedzUsuń
  9. [Ja raz jeszcze podziękuje i mam skrytą nadzieję, że będzie się wyróżniać w jego oczach. Zaczynamy od momentu, gdy Virginia wchodzi do jego kadłuba (lub gdzieś indziej) z przydzieleniem do jego drużyny, czy jakoś inaczej to zaczniemy? On zobaczy ją gdzieś, mignie mu przed oczami i dopiero wtedy ona do niego przyjdzie? Wybieraj.]

    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie umiał określić dlaczego tak gniewnie reagował na widok obrączki u Mike, było to jednak zbyt silne by zignorować. Może była to świadomość, że mężczyzna nie był jego? Może durna i nieuzasadniona myśl, że gdyby ta kobieta jednak wróciła, to Havoc wymknąłby mu się z rąk? Cokolwiek by to nie było, ograniczało się do jednego... Kurtz go potrzebował i był zbyt zaborczy by dzielić się nim.
    Nie chciał przez taką głupotę niszczyć sobie opinii i wizerunku w oczach innych, był dalej gnojem, nie mógł stać się nawet odrobine wrażliwy. Za to może też budziła sę w nim taka wściekłość. Mike miał nad nim przewagę, a to nie odpowiadało Dantemu w ogóle.
    - Nie zniosę jej obecności, ani tym bardziej nie dam ci spać – stwierdził poważnie. Zabrał mu papierosa i sam zaciągnął się dymem, jako pilot nie powinien palić i usłyszał to nie raz od wielu lekarzy, dla niego było to bez sensu, ale nie kłócił się w tym przypadku chociaż. Zgasił papierosa, wyrzucając gdzieś w bok. Przechylił się i złączył na moment ich wargi w pocałunku, zębami drażnił wargę mężczyzny.- Chociaż raz zrób coś o co cię proszę, zdejmij ją – mruknął poważnie, chociaz już nie warczał, a to było niemałe osiągnięcie.
    Chciał mieć więcej władzy nad Mike, tego nie można było nie zauważyć, ale niestety typ był zbyt niezależny i za bardzo go już poznał. Havoc tylko wiedział, że Kurtz ma pewne granice, których nie przekroczy. Mimo, że był gwałtowny i agresywny to zawsze hamował złość w pewnym momencie.

    OdpowiedzUsuń
  11. [Nie wiem, jakiej długości wątki lubisz, dlatego zaczęłam bardzo optymalnie.]
    Trzymała w dłoni malutką kartkę z adresem swojego przyszłego dowódcy. Ciemnowłosa kobieta, od której ów kartkę dostała, miała szkaradny charakter pisma, przez co trudno było dokładnie odczytać litery i cyfry. Virginia miała ogromną nadzieję, że nic nie pomyli. Na początku lekko się denerwowała, stres utrudniał jej odliczanie kroków, jednak będąc coraz bliżej celu, pewnego rodzaju trema i obawa znikały. Po chwili stała już przed odpowiednimi drzwiami - a przynajmniej miała taką nadzieję. Nie chciała jak głupia tłumaczyć się z powodu wtargnięcia o późnej porze. Zapukała głośno, odruchowo się prostując. Dłonie splotła za plecami i zdążyła jeszcze odchrząknąć, zanim drzwi otwarły się i stanął w nich wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Pomimo tego, że wyglądał na zmęczonego, prezentował się perfekcyjnie.
    - Starszy chorąży, sir - zaczęła, wpatrując się prosto w jego oczy. Skądś kojarzyła ich barwę, bariera pamięciowa jednak nie pozwalała odgrzebać wspomnień o nich. - Zostałam przydzielona do pańskiej drużyny, drugiej pierwszego plutonu.
    Virginia wyglądała profesjonalnie. Zapięty mundur, idealnie wyprasowany. Włosy spięte w wysoki kok, delikatnie uniesione u nasady. Najbarwniejszą jej częścią była delikatnie czerwona szminka na pełnych ustach.

    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  12. Już nawet zdążyła otworzyć drzwi swoim elektronicznym kluczem, który zyskała niedawno i dawał jej pole pole do popisu. Tym razem mogła go lepiej wykorzystać i obejść ten korytarz, który był aktualnie dość zatłoczony. Powinna zdać sobie sprawę, że nie wygląda i raczej nie będzie wyglądać jak te goryle z marines. Nie traciła jednak hartu ducha, nawet kiedy ktoś wrzasnął na nią. Ten mrukliwy głos przywoływał wspomnienia, chociaż był bardziej upierdliwy niż te dziesięć lat temu. Teraz patrzyła na niego, sama wyprostowana jak struna i nie dowierzała swemu losowi. Znów zrzucił na nią niezłą bombę. Musiała się szybko pozbierać zanim zrobi coś głupiego. Zanim ten zdążył jej się dobrze przypatrzeć, pochyliła głowę, mrucząc coś pod nosem i udając, że szuka swojej przepustki. Głupia, naprawdę się spłoszyła, nie tak to miało wyglądać.
    - Ekhm, już moment... - wymamrotała niewyraźnie. Ostatnie spojrzenie na jego dłonie. Chyba tego nie użyje, co? Powinna zdążyć, refleks to u niej podstawa. Pochyliła się bardziej, jakby naprawdę wczuła się w misję odszukania czym prędzej swojej przepustki i w mgnieniu oka zawróciła, wpadając jak burza do środka pomieszczenia, które miała za sobą. Był to ten sam docelowy pokój z automatami. Wśliznęła się do środka, prawie czyniąc szpagat i chowając się za jedną z maszyn. Boże, co ona najlepszego wyrabia, tym bardziej, że ucieka żołnierzowi wyższej rangi, co od razu oceniła po wyglądzie jego mundur. Jeśli ją dopadnie, zanim ta zdoła się wytłumaczyć, będzie już po niej. Zamkną w słoiku i zaleją octem... kto to powiedział? Sąsiadka z pokoju lubiła opowiadać bzdury, jakich to nie czynią po stronie korytarzy marines.
    To była reakcja, zanim zdążyła pomyśleć i po prostu na spokojnie odpowiedzieć na pytania, pokazać dokumenty i tak dalej. Jej spojrzenie padło na podłogę, gdzie siedziała maleńka mechaniczna ważka podpięta do jednej z maszyn. Freeky zupełnie zapomniała o całej sytuacji, całkowicie zaabsorbowana tym małym tajemniczym mechanizmem. Ustawiła się jak drapieżnik, polujący na swoją ofiarę, wbijając łakome spojrzenie w insekta szpiegującego. Tak łatwo do niego dotarła. Cud!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten salut zmieszał ją na sekundę. Potem na następną, gdy mężczyzna się przedstawił. Nie powinien jej salutować pierwszy, był wyższy szarżą.
    Kiedyś rzeczywiście była kapitanem w stopniu kapitana. W czasach, gdy zamiast starhawków po niebie śmigały eagle, a flota rozdawała awanse na prawo i lewo. Wtedy jeszcze kwitły trawniki, które dziś przykrywał pył. Przed śmiercią brata, kiedy jeszcze latali w parze, mówili o nich jako o jednym. Gyspy Danger, maszyna składająca się z dwóch, jeden umysł rozdzielony na dwa ciała.
    Czy podporucznik nazwał ją kapitanem bo wiedział coś o Gyspy Danger? Pięć lat temu pewnie dopiero zaczynał szkolenie...
    Odpowiedziała nienagannym salutem.
    - Holly Tienert, sir - przedstawiła się. Po części, bo wymagały tego konwenanse. Po części dlatego, że za "Gyspy" uważała się dopiero, siedząc w maszynie. - Major Ripley miał do nas dołączyć, ale chyba jako jedyny nie wierzył, że zatrzymają go obowiązki.
    Nie było sensu mówić o tym, że Neil Tyaer się nie pojawi. Czasami zastanawiała się, czy ten człowiek w ogóle wierzy w śmierć. Mógł uważać ludzi za nieśmiertelnych i zapisywać sobie, jaką karę otrzymają, gdy znowu ich zobaczy. Albo sądził, że w dzień ataku zmarli po cichu zajmą miejsca na tyle formacji i będą osłaniać żywych, bo im samym nic już nie grozi.
    - Żałuję, że nie spotykamy się w przyjemniejszych okolicznościach - powiedziała jeszcze.
    W pobliskim kościele dzwony wybijały pełną godzinę. Nigdy nie pytaj...

    Holly Tienert

    OdpowiedzUsuń
  14. [Pan jest świetny, karta również (zero wstydu, dobry człowieku). Przychodzę z pytaniem o wątek, jeżeli oczywiście nie masz nic przeciwko męsko-męskim. A jeśli nie masz, to zapytam o pomysł, bo może takowy się znajdzie.]/Cesar

    OdpowiedzUsuń
  15. Przyglądała się swemu nowemu dowódcy zza lekko przymrużonych powiek. Widziała, jak pobladł, gdy ją ujrzał. Nie uszło jej uwadze, gdy otworzył delikatnie usta, jakby przygotowane do wypowiedzi i od razu je zamknął, pozwalając wcześniej upaść papierosowi, który wypalił małą dziurkę na wycieraczce, ledwo dostrzegalną. Jednak dopiero, gdy zamknął ją w swoim silnym uścisku, poczuła się zdezorientowana i speszona. Trisha?
    - Virginia Hale, sir - wyszeptała do jego ucha, nie będąc w stanie powiedzieć nic głośniej. Z coraz większym trudem wciągała powietrze, będąc miażdżoną przez dowódcę Havoca. Chciała się od niego oderwać siłą, jednak nie potrafiła. Jakiekolwiek próby kończyły się fiaskiem. Havoca trzymał ją za mocno i za blisko siebie. Wtulił się w nią, jakby znali się od lat, jakby byli sobie bliscy, jakby się kiedyś kochali.
    - Podporuczniku Havoc... - zaczęła, dopiero teraz normalnie obejmując go w pasie. Usilne odpychanie nic nie dawało, więc próbowała w drugą stronę. Gdy jednak i ta technika zawiodła, poddała się. - Mike - rzuciła, będąc świadomą konsekwencji, jakie mogą wyniknąć z takiego odzywania się do ludzi wyższych rangą. Musiała jednak coś zrobić. Najmniej chodziło jej już o kłopotliwą sytuację, bardziej o brak tlenu w płucach.

    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  16. Wszystkie nagrobki były jednakowe. Cmentarz wyglądał jak pole jednakowych białych krzyży z tabliczkami, Wyrastały spod ziemi w równych ostępach. Tylko jedno miejsce burzyło porządek. Rozkopany dół. Miejsce, w którym zaraz zostanie złożona trumna Samuela i będzie po wszystkim.
    Znów pojawili się mężczyźni w garniturach i ponieśli trumnę na czele skromnego konduktu żałobnego.
    - Po prostu Holly, podporuczniku - powiedziała innym tonem. Mniej oficjalnym, łagodniejszym. Nie jak żołnierz do żołnierza. Jak człowiek do człowieka, który, choćby i na krótką chwilę, coś dla niego znaczy. Jakby uznała, że się rozumieją.
    Dzieci wojskowych zawsze rozumieją się w jakiś sposób. Carlos Ripley twierdził, że to kwestia spojrzenia. Holly wolała myśleć, że kwestia serca.
    Przy grobie czekał pastor. Sypnął pierwszą garść piasku. To zaskoczyło Holly. Nabrał ziemi własną dłonią i sypnął na trumnę, choć obok leżała szufelka. Czy ktoś jeszcze zauważył ten wyjątkowo mocny gest? Pastor mógł mieć czterdzieści kilka lat, był łysy, chociaż z elegancko utrzymaną czarną brodą. Czytał fragment z Pisma Świętego, jeden z niewielu, który Holly umiała rozpoznać. Apokalipsa. Oto stoję u drzwi i kołaczę. Boże... Holly poczuła, jak żołądek zawiązuje jej się w supeł. Gdzieś znów brzmiał dzwon, może jej się wydawało. Jeśli kto posłyszy mój głos... Zacisnęła powieki i wzięła głęboki oddech. Jeśli nie zapanuje nad łzami, nie będzie czuła się winna. Właśnie dotarło do niej, że to ostatni człowiek Tezeusza, który został pochowany na rodzinnej planecie.
    Sama też nabrała ziemi gołą dłonią. Zimnej, wilgotnej ziemi. Chciała zapamiętać ten dotyk już na zawsze.
    Pastor skończył modlitwę. Żałobnicy zaczęli się rozchodzić. Holly ramieniem otarła policzek z niechcianej wilgoci.

    Holly Tienert

    OdpowiedzUsuń
  17. Był świadom, że w towarzystwie Mike odsłania więcej pozytywnych emocji, udowadnia zbyt często, że posiada jakąś część człowieczeństwa, że jest bardziej ludzki niż sądzą ludzie mu podlegający, pracujący w jego towarzystwie od czasu do czasu. Tylko Havoc znał tyle prawdy i widział go nie raz bez maski przesiąkniętej wulgarnością, agresją.
    Oderwał się od tych rozmyślań kiedy mężczyzna odezwał się, a to co usłyszal z kolei wywołało krzywy uśmieszek na jego twarzy.
    - Kompromisy nie są dla mnie – stwierdził bez ogródek. Całuje w usta Mike, krótko i parę razy. Chce go podejść w inny sposob skoro groźby nie działały w tym przypadku w ogóle. Dante nauczył się dostosowywać do sytuacji, aby osiągnąć cel.
    - Taa, coś tam mruczałeś, że jesteś zmęczony i idziesz spać...ale jakoś nie śpisz – zaczął składać pocałunki na szyi mężczyzny, przesuwając się już całkiem nad niego. Wspierał się lekko na łokciu, jedno kolano ustawił między nogami Havoca.- Nie wykitujesz, tylko jak zawsze marudzisz bo jesteś zmęczony – uśmiecha się bardziej zadziornie, w sposób, który jest u niego skrajnie rzadki. Złapał lekko za ręce Mike i splótł palce ich dłoni, ta cholerna obrączka wyjątkowo go drażniła teraz, ale chwilowo starał się to zignorować.
    - Wiem to, ale spać dam ci dopiero za jakąś godzinę – wyszeptał mu do ucha. Bylo mu dziwnie gdy był tak spokojny, czegoś brakowało, miał wrażenie, że coś jest nie w porządku, jakby za bardzo odsłonił się i teraz tylko pozostało czekać na celny cios, który pokaże mu jak durny jest, że odrzucił maskę skurwysyna.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie ma zbyt wiele czasu wolnego. Zazwyczaj pracuje od samego rana do późnego wieczora, naprawiając zepsute maszyny, tworząc projekty kolejnych obiektów, które mogłyby przypasować dowództwu, a tym samym zostać użyte i wyprodukowane. Przy odrobinie szczęścia udaje mu się znaleźć kilka interesujacych części starych urządzeń, a to zawsze prowadzi do nocnych imprez ze spalarką przy nikłym świetle lamp.
    Ten wieczór ma jednak wolny, co nie oznacza, że nie siedzi w hangarze. Przegląda swoje stare projekty, szukając jednego, który szczególnie zapadł mu w pamięci. Odnajduje go po kilkunastu minutach i przez kolejne trzydzieści analizuje zawartość szkiców i notatek zapisanych drobnym drukiem. Poprawia kilka przypisów, a przede wszystkim zauważa zasadniczy błąd, który wcześniej mu umknął. Teraz sprawa wydaje się dziecinnie prosta, choć wątpi, by którykolwiek z jego podopiecznych był w stanie choćby rozszyfrować, czym jest jego zabawka.
    Zabiera się do roboty przed dwudziestą trzecią. Wyszukuje odpowiednie części, łączy je ze sobą, bawi się jak dziecko, które dostało nowy zestaw klocków lego. O piątej nad ranem wszystko jest skończone i pozostają jedynie sprawy kosmetyczne. Dba o to, by jego sprzęt prezentował się wzorowo i przez następną godzinę jedynie poprawia aparycję broni. Przygląda się ukończonemu dziełu, bierze je do ręki, nabija. Jest ostrożny. Gdyby nie był, sam skorzystałby z niej, zrobił coś poza próbą strzelniczą. Wie jednak, że szefostwo od razu miałoby go na celowniku, a dba jak nikt inny o to, by trzymać się zdala od ich czujnych spojrzeń. Wybiera więc innego członka załogi, który jest w stanie wypróbować nową broń. Havoca odnajduje kilkadziesiąt metrów od hangaru. Cesar zaciska dłoń na futerale, a kiedy staje przed mężczyzną, wysuwa ręce przed siebie, podając mu sprzęt. W milczeniu czeka na reakcję. Nie sądzi, by musiał cokolwiek tłumaczyć; jest niemal pewien, że każdy przywykł już do jego milczącego sposobu bycia, a podsunięcie komuś pistoletu pod nos jest raczej wystarczająco wymowne.
    /Cesar
    [Nie wiem czy wyszło tak jak miało, ale jest.]

    OdpowiedzUsuń
  19. [Mam nadzieję, że wcześniej nie przesadziłam z tym uściskiem.]

    Przez chwilę jeszcze wpatrywała się w niego, oddychając powoli. Jego zachowanie dało jej trochę do myślenia. Może znał ją, zanim zapadła w śpiączkę, zanim straciła pamięć? Może był jej krewnym, bliskim przyjacielem? Pytanie Havoca przywróciło ją całkowicie na ziemię. Nie miała zamiaru już gdybać i rozmyślać, liczyło się tu i teraz. Praca.
    - Od dwóch tygodni - odpowiedziała, poprawiając mundur i znów stając prosto. - Wracam z rekonwalescencji - dodała po chwili. Nie miała jednak zamiaru wspominać nic o amnezji, przynajmniej nie teraz. Gdy zadał jej kolejne pytanie, zamilkła. Lubię palić? Paliłam? Mam zapalić? Wyciągnęła delikatnie rękę do przodu, aby pochwycić papierosa, jednak w ostatniej chwili rozmyśliła się, rękę kierując w stronę głowy. Ugłaskała mimochodem włosy i znów powróciła do dawnej pozycji.
    - Nie, dziękuje, sir - rzuciła, bez cienia emocji na twarzy. Do końca wizyty chciała pozostać profesjonalna, pokazując tylko swoją pracowniczą stronę.

    [I jak to robimy z tą jej amnezją? On dowie się sam, jakoś na to wpadnie, czy jak?]
    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  20. [ Cześć, ja również lubię lekarzy c: Masz może ochotę na wątek? ]

    Carol

    OdpowiedzUsuń
  21. [A ona jak ma się zachowywać? Ma szukać, wypytywać?]

    Doświadczenie. Oczywiście, że jakieś miała, nie wiedziała jednak, w jakim stopniu było ono rozwinięte. Przez ostatnie dwa tygodnie pobytu tutaj cały czas trenowała. Od bladego świtu aż po noc. Była bardzo dobrym strzelcem, wybitnym snajperem. Podejrzewała, że przed śpiączką musiało być podobnie, nie wiedziała jednak, jak wypadała na poligonie podczas bitwy.
    - Sto procent celności w tarcze i ruchome cele. Wszystkie moje badania i wyniki treningów znajdują się w teczce w biurze głównym. Mogę je przynieść na jutro - powiedziała, wciąż stojąc prosto. Była jak ochroniarz królewskiego pałacu, brakowało jej tylko wysokiej, czarnej, puchatej czapki i czerwonego stroju.
    Virginia zauważyła, jak dowódca powoli i skrycie ją lustruje. Na chwilę znów przymrużyła oczy, zastanawiając się, nad czym może rozmyślać mężczyzna. Ewidentnie był gdzieś indziej. Świst powietrza postawił ją do pionu. Zamrugała kilka razy. Upewniła się, czy jej mundur jest zapięty na wszystkie guziki, jakby to miało jakieś znaczenie i znów spojrzała w głębokie oczy Havoca. Widziała w nich coś, czego nie spodziewała się dojrzeć u swego dowódcy. A może to tylko przewidzenia?

    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  22. Zamarła w bezruchu, zmartwiona zupełnie czym innym, niż pistoletem przytkniętym do jej głowy. I mimo iż jego głos powodował u niej mdłości i sprawiał, że miała ochotę się na niego rzucić, musiała być uważna. To było złe, musi się szybko tego pozbyć.
    - Ćśś, przestraszysz go - mruknęła, ale posłusznie wykonała polecenia, bardzo powoli. Pomimo tego maleńki robocik oderwał się od maszyny z cichym odgłosem odrywanej przyssawki i śmignął nad ich głowami, krążąc teraz pod sufitem. Wydała z siebie odgłos sfrustrowania i stanęła teraz przed nim, a jej wzrok wędrował po twarzy mężczyzny. Wątpiła, że strzeli, albo nie... miała taką nadzieję. Ale już dawno zapomniała o strachu, były momenty kiedy naprawdę nie dbała o swoje życie. Nawet, jeśli znalazła nową misję w życiu, to czy ją do końca spełni też nie było ważne. Takie czasy. Wypuściła z płuc wstrzymywane powietrze i postanowiła się odezwać po długiej chwili milczenia.
    - Możesz już schować swoją zabaweczkę, Majki. Co, nadal masz braki w pamięci? - chwyciła za lufę i odgięła ją z zaskakującą siłą. Zrobiła krok w jego stronę, niemal odbijając się od jego piersi. - Pamiętasz? Małą, słodką Freeky... - machnęła mu przed nosem plakietką z jej danymi, którą wcześniej wyjęła spod obcisłego munduru i znów uciekła, wybijając mu z dłoni broń, która spadła z grzechotem na ziemię i zniknęła za maszynerią. - Ups, to był odruch, sir - powiedziała poważnym tonem. Zrobiła te wszystkie czynności, zanim ten zdążył ją obezwładnić, wygiąć ręce, czy odepchnąć. Wiedziała, że ma mało czasu, zanim ten wpadnie w furię, albo coś. Trzeba było jednak korzystać, najpewniej to była jedyna i ostatnia taka szansa. Stanęła pod drzwiami, które z furkotem zamknęły się, jakby miała taki plan w głowie od samego początku.
    - Szkolę się na pilota starhawków, w sumie mam to już w małym palcu, ale nie chcą mnie bez przydziału awansować, czy coś. Okazyjnie mechanik i łowca insektów szpiegujących. Jednego z nich już spotkałeś - wskazała dłonią na małą latającą maszynę, która nadal krążyła w górze. - Kadetka Freya Eyki z Air Force do usług. Jednak mów mi Freeky, sir - zasalutowała krótko i stuknęła obcasami.

    [Nie uduś mnie za to, co najwyżej możesz poturbować xD]

    OdpowiedzUsuń
  23. Wciągnęła do płuc papierosowy dym, który dowódca wypuścił prosto w jej twarz, nieznacznie się krzywiąc. Ich zapach był dla niej drażniący. Dobrze zrobiła, że odmówiła zapalenia. Była prawie w stu procentach pewna, że nie potrafiłaby się nawet zaciągnąć.
    - Mam, sir - rzuciła odruchowo, nie myśląc nawet szczególnie nad odpowiedzią i zadanym pytaniem. Dopiero, gdy wypowiedziane przez nią słowa zadudniły jej w głowie, zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie, czy ma jakichkolwiek krewnych lub gdzie oni mogą się znajdować. Kątem oka zerknęła na swoją lewą dłoń. Na serdecznym palcu znajdowała się drobna, złota obrączka, świadcząca o byciu w związku małżeńskim. Virginia zastanawiała się, gdzie i kim może być jej mąż. Może zginął, zanim Hale zdążyła wpaść w śpiączkę lub stało się to podczas jej stanu? Może siedział przy jej boku, aż w końcu wydarzyło się coś złego? Może mieszka gdzieś tutaj, albo czeka na nią na Ziemi wraz z dziećmi? Może ją zostawił, a ona, dogłębnie w nim zakochana, nie zdjęła obrączki? Może przestał ją kochać i nie przejął się zbytnio jej zniknięciem, nie starając się nawet jej odszukać? Może sprawdzał od czasu do czasu kostnicę, mając za każdym razem nadzieję, że jej tam nie znajdzie? Może nie wie, że już się obudziła?
    Spuściła wzrok, kręcąc przy okazji biżuterią na palcu.

    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  24. [ Pomysł jest ciekawy, ale boję się, że może się szybko skończyć, no ale możemy spróbować c: Zaczniesz może, bardzo proszę c: ]

    Carol

    OdpowiedzUsuń
  25. Cicho podziękowała za chusteczkę i wytarła twarz do sucha. Wyglądało na to, że tylko podporucznik zwrócił uwagę na jej łzy. Czy dla niego też nagle ten pogrzeb zyskał wymiar symboliczny? Holly zwykle była opanowana i racjonalna. Ten płacz też był na swój sposób racjonalny, ale przede wszystkim do bólu szczery.
    Dwa, może trzy lata temu znów wypłynął problem degeneracji gleby. Ci wszyscy specjaliści byli zgodni co do tego, że praktycznie wszędzie jest już ona jałowa. Większość plantacji przeniesiono w góry, przez stulecia uważane za nieurodzajne, teraz stały się jedyną nadzieją rolnictwa. Nawet na skałach dało się coś wyhodować. W wielu miejscach ziemia była chora, ekolodzy chyba mieli na to specjalny termin, chodziło o to, że nie można już wyhodować zdrowych roślin na takiej ziemi. Ekosystem upadał. Ktoś wyszedł z pomysłem zamienienia w pole uprawne tych obszarów, gdzie w ziemi rozkłada się mnóstwo materii organicznej. Zaorać cmentarze. Opinia publiczna była przerażona, ale w końcu pewnie zmięknie. Może kiedy wrócą z wojny na porządku dziennym będzie już, że pługi prowadzi się po kościach?
    - To będzie tylko przelotne, podporuczniku - powiedziała z dziwnym roztargnieniem, wpatrując się w niebo.
    Sam deszcz nie stanowił problemu. Prawdziwym kłopotem był pył, który podnosił się zaraz potem i nie opadał przez wiele godzin. Ludziom po kolei siadały przez to płuca.
    - Kawa brzmi jak dobry pomysł.
    Uśmiechnęła się. Na jej twarzy nie było już śladu tamtej słabości.
    Kawałek za bramą cmentarza, na skrzyżowaniu, dogonił ich pastor. Kiedy uniósł rękę, by zaczekali, kawałek rękawa zsunął się i odsłonił tatuaż.
    - Chciałem tylko powiedzieć, że ludzie w was wierzą. Proszą mnie, żebym pomodlił się razem z nimi za powodzenie waszej misji.
    Holly znów poczuła się nieswojo. To już przesada.
    - Powodzenia tam na niebie - dodał i odszedł bez pożegnania.
    Może on też miał wrażenie, że to kiepski dzień na pożegnania.

    Holly Tienert

    OdpowiedzUsuń
  26. Śmieje się cicho, ochryple gdy słyszy jego stwierdzenie. Nie zaprzestaje znaczyć pocałunkami skórę podporucznika.- Nie jesteś człowiekiem o słabej woli, gdybyś był, już dawno dałbym radę manipulować tobą – szepcze mu do ucha. Zaciska mocniej palce na palcach mężczyzny, nigdy by się nie przyznał, ale lubi do dotykać, lubi jego bliskość.
    Dante zwykle nie stara się tak bardzo, lecz dziś jest naprawdę zdenerwowany, działał mniej logicznie niż zwykle. Chciał coś osiągnąć i nie istotne jak musiałby kombinować by osiągnąć cel w tej chwili. Słysząc nagle pozwolenie, cmoka Mike w usta jakby w nagrodę, że ten się ugiął. Puszcza na moment dłoń mężczyzny i zdjąć mu obrączkę z palca i odłożyć błyskotkę na stolik obok łóżka.
    Niemiec nigdy nie myślał o konsekwencjach, bo zwykle nie odczuwał ich, po tyłkach obrywali zwykle ludzie pod nim, a on nawet nie zwracał na nich uwagi.
    - Ten jeden raz, później kolejny i kolejny – stwierdził. Kurtz był osobnikiem lubiącym posiadać, tego został nauczony dość szybko; jeśli coś chcesz, coś jest ci potrzebne, musisz mieć to na własność inaczej stracisz szybko. Starał się niby ograniczyć z tym zachowaniem przy Havocu, ale cóż, było jak było.
    Dante przesunął się nagle i ułożył z powrotem obok Mike, objął go ramieniem.
    - Dam ci jednak spać, bo zabawa z tobą żadna dziś – mruknął, podając się i już nie męczac go dalej. Może faktycznie, dobrze by Havoc zasnął i wypoczął. W końcu kiepsko gdyby temu coś się stalo przez zmęczenie.

    OdpowiedzUsuń
  27. [Ojej, bardzo mi miło. Aż się zarumieniłam;)
    Chciałabym wyskoczyć teraz z jakimś dobrym pomysłem, naprawdę bym chciała, ale jedyne, co na razie wiem - muszą się w miarę znać, skoro oboje są dowódcami - raczej dupy nie urywa:/]

    Emery

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Jednak wpadłam na pewien pomysł (przemilczmy mój zapłon).
      Co prawda Mike jest powiązany z Tezeuszem, a Emery z Ptaszynami, jednak oba projekty mają ze sobą współpracować, dlatego od czasu do czasu dowódcy eskadr się spotykają i dyskutują nad różnymi taktykami. Po jednym z takich spotkań Emery i Mike mogliby nadal się kłócić i zajść do części bazy, do której nie mają zwykle dostępu. Usłyszeliby, że ktoś się zbliża i musieliby się gdzieś schować. Podsłuchaliby coś, co nie byłoby przeznaczone dla ich uszu i sprawiłoby, że zaczęliby kwestionować wszystko, co jest związane z ich misjami, ale nie potrafiliby zdecydować, co z tym zrobić. To taki zarys, co myślisz?]

      Emery

      Usuń
  28. Nie tylko Havoc był wrakiem, Kurtz coraz częściej miał wrażenie, że grunt usuwa mu się spod nóg. Tracił oparcie, tracił to co było stabilne i pewne, zaczynał odczuwać niepokój, a to z kolei napędzało agresję, która od kilku miesięcy nie znikała ani na moment, a jedynie schodziła do poziomu gdy inne emocje były wstanie nieco zamaskować ją. Jednak Dante ciągle ją czuł, niebezpieczną i przyczajoną w nim.
    Wszystko tylko pogarszało się w ciągu kilku dni, gdy został zmuszony do współpracy ze swoją byłą, która działała mu na nerwy wyjątkowo mocno. Była tak cholernie upartą kobietą, która chyba za cel życiowy obrała sobie pokazanie mu, że wcale się go nie boi. Chciała go usadzić na tyłku i udowodnić coś głupiego mu, pokazując światu, że nie jest taki straszny jak się prezentuje.
    Zerknął na Mike gdy ten położył głwę na jego ramieniu. Pogłaskał go po włosach prawie czułym gestem.
    - Przeginasz z kawą... i papierosami – mruknął poważnie, ale wiedział, że obojętnie ile razy mu to powtórzy to ten i tak nie zmieni przyzwyczajeń. Tak samo jak Dante nie zamierzał ograniczać adrenaliny, która stała się uzależnieniem wręcz. Zbyt często robił rzeczy, które w końcu mogły skończyć się dla niego naprawdę źle. Jakiś czas leżał przy nim, planując iść zaraz do siebie, ale jakoś tak wyszło, że uspokojony, równym oddechem mężczyzny, zamiast pójść sobie to zasnął przy nim.
    Poranna pobudka wcale nie była przyjemna, całą noc spędził w jednej pozycji...ciało się burzyło gdy spróbował poruszyć rękoma i nogami. Spojrzał w bok na uchylone drzwi łazienki, szum wody, podpowiadał jasno co robi Mike. Mamroczac przekleństwa podniósł się z łóżka, zrzucił ubrania i bez wahania skierował kroki tam gdzie był Havoc.

    OdpowiedzUsuń
  29. - Obiecuję - odpowiedziała, unosząc ledwo zauważalnie kąciki ust do góry. W tym momencie najważniejsze dla niej było, aby przeżyć nie dla samej siebie, a dla rodziny, którą musi odszukać. Chociaż, spoglądając na to z boku, Virginia chciała ją odzyskać właśnie dla siebie. Przez ostatnie dwa tygodnie męczyła się, będąc samą w mieszkaniu. Treningi treningami, kiedyś się kończyły. Chociaż Hale starała się wypełniać cały swój dzień ćwiczeniami i pobytem na strzelnicy, w nocy wysyłano ją przymusowo do małej klitki, nazywaną jej domem. Z jednej strony Virginia uważała amnezję za nowy start, początek zupełnie innego życia, z drugiej jednak strony czuła jakiś brak, pustkę.
    - Tak jest, sir - rzuciła, odwracając się na pięcie i równym krokiem odchodząc od Mika Havoca. Zostawiając go za sobą, odczuwała dziwny ścisk w żołądku. Dopiero, gdy wparowała na strzelnicę i złapała za broń, myśli o nim i o przeszłości zniknęły. Była jak w transie.

    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  30. [Tak podle wykorzystywana:/
    Ale nie odpowiadam za jakość tego poniżej.]

    Czasami Emery zastanawiała się, co ona w ogóle tutaj robi. Rozglądała się po przyciemnionym pomieszczeniu, kręcąc się na czarnym obrotowym krześle i próbowała dostrzec sens w tym wszystkim, chociaż trudno jej było zdecydować, czy miano tego wszystkiego odnosiło się do przebywania w tym pokoju z grupą idiotów, do prowadzenia wojny z przeciwnikiem z kosmosu, o którym nic nie wiedzieli, a który prawdopodobnie jednym machnięciem mógł ich zniszczyć, czy do ogólnej egzystencji. Ze zniecierpliwieniem bębniła palcami o poręcz fotela, nie mogąc się doczekać końca tej farsy, którą nazywali taktycznym spotkaniem dowódców eskadr, a bardziej przypominało to cyrk. Jeżeli te osoby miały poprowadzić ludzkość do zwycięstwa z Innymi, kimkolwiek Inni byli - lepiej było od razu przyłożyć sobie pistolet do skroni i nacisnąć spust. Mniej bolesne, a równie skuteczne jak rozciągająca się przed jej oczami perspektywa, gdyby doszło do starcia z kosmitami z takimi przywódcami.
    Dowódca pierwszego plutonu zrobił się cały czerwony na twarzy, a na szyi wystąpiły mu żyły, jakby ostatkiem sił powstrzymywał się przed rzuceniem na porucznika dowodzącego drugą eskadrą pierwszej dywizji starhawków, który wyrzucał z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Emery wywróciła oczami, wyczuwając w powietrzu zbyt wysokie stężenie testosteronu, gdy każdy próbował stać się choć na chwilę samcem alfa i przejąć kontrolę nad sytuacją. Nie bawiły jej te gierki. Była tutaj, bo miała wysokie kwalifikacje, odznaczała się profesjonalizmem i dojrzałością, a tej ostatniej cechy chyba najbardziej brakowało mężczyznom w pomieszczeniu, przypominali jej bardziej rozwrzeszczane bachory bijące się o ostatnią łopatkę w piaskownicy. To, że tak długo wytrzymała, nie odzywając się, było cudem. Miała ogromną ochotę wybuchnąć i powiedzieć im, co tak naprawdę o nich sądzi, ale od tych wrzasków rozbolała ją głowa. Emery chciała tylko latać, bo to sprawiało jej największą radość; chciała planować, bo jej intuicja była niezawodna i dzięki chłodnej logice dostrzegała słabości u przeciwnika na długo przed innymi, ale te szowinistyczne świnie wciąż podważały jej kwalifikacje, nie mogąc uwierzyć, że kobieta wspięła się w armii tak wysoko. Potrafiła przejść obojętnie wobec wielu obelg, ale takie wymagały szybkich reakcji i kilku połamanych szczęk.
    - Ja pierdolę! Zamknęlibyście w końcu te paskudne ryje i skupili na tym, co najważniejsze! Bawicie się w pieprzonych macho, a będą za to płacić ludzie pod waszymi rozkazami - zarzuciła im Emery, po czym przesunęła palcem po hologramie, zmieniając ustawienie ich floty. Wszyscy dostrzegli, do czego zmierzała i zamilkli, podziwiając nowy plan ataku. Z urazą popatrzyła na Havoca, który siedział koło niej, kręcąc lekko głową. Źle go oceniła.
    - A ty jesteś taki sam jak oni wszyscy! - powiedziała do niego tak cicho, że tylko on usłyszał, wyrzucając ręce w powietrze. Wyszła z pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Nie oglądnęła się za siebie.

    Emery

    OdpowiedzUsuń
  31. Kiedy spał to był jedyny moment gdy można było zobaczyć go tak spokojnego, nic go wtedy nie denerwowało, nie zakłócało ładu. Zwyczajnie odpoczywał, mając gdzieś cały świat i każdą jednostkę z osobna. Gdy wszedł do kabiny prysznicowej, od razu zaatakował drugie ciało lecz w bardziej przyjemny sposób niż zwykle. Objął mężczyznę mocno w pasie, przyciągając go do siebie. Złapał ustami płatek ucha, zaraz ustępując miejsca zębom, aby lekko oznaczyć Havoca już z rana. Chciał by ten pamiętał, że Kurtz jest główną osobą, która zostawiała ślady na ciele.
    - Niekoniecznie lewą nogą, ale moje ciało robiło bunt przy podnoszeniu się z łóżka – szepnął, liznął go w szyję. Zacisnął dłonie mocno na biodrach Mike i przyciągnął jego pośladki do swojego krocza. Zaraz jednak wzdrygnął się gdy na rozgrzaną skórę padł strumień zimnej wody. Zaklną paskudnie.- Jak ja nienawidzę lodowatej wody z rana – westchnął nieco gniewnie.
    Zerknął na profil twarzy Mike gdy ten kazal umyć sobie plecy. Podporządkował się temu, biorąc gąbkę, żel pod prysznic i po chwili przesuwając już gąbką po plecach mężczyzny. Całował i kąsał jego kark i ramiona.
    Był nieco nakręcony z rana, jak zwykle zresztą, więc chęć podrażnienia się z Havoc'iem była wyraźniejsza niż o każdej innej porze dnia.
    - Tylko plecy? - spytał po kilku minutach, przesunął gąbką po boku i brzuchu mężczyzny. Upuścił nagle gąbkę. Zerknął ponad jego ramieniem.- Ups...podniesiesz? - uśmiechnął się paskudnie, kiedy ich spojrzenia się spotkały.

    OdpowiedzUsuń
  32. [Głupio mi, że Ty tak się rozpisujesz, a ja piszę takie słabizny.]

    Jeden strzał. Drugi strzał. Trzeci strzał. Wszystkie celnie trafiały do tarcz, wbijając się z ogromną siłą w białe punkty. Przy każdym pociągnięciu spustu, ręce Virginii lekko zostawały odrzucone do tyłu. Mrużyła delikatnie oczy, by później otwierać je szeroko i z pasją przyglądać się swemu dziełu. Zadziorny uśmiech nie schodził z jej twarzy. Blondynka emanowała pewnego rodzaju energią, siłą, pożądaniem. Jej skupienie i profesjonalizm odbijały się na postawie ciała. Strzelając, trzymając w ręku broń, Hale stawała się zupełnie inną osobą. Nie była już drobną kobietą z dystansem do świata, zamieniała się w żołnierza łaknącego walki, z adrenaliną w żyłach zamiast krwi.
    Nagle poczuła czyjś oddech na karku. Przeszły ją ciarki, gdy usłyszała głos Mika Havoca, swego dowódcy. Odwróciła się momentalnie, stając prosto przed jego twarzą. Gdyby zrobiła krok do przodu, swoim nosem dotknęłaby jego własnego.
    - Cieszę się, że mogę przyczynić się do pańskiego bezpieczeństwa - powiedziała, lustrując jego twarz. Z tak bliskiej odległości mogła zauważyć wszystkie niedokładności jego cery, które spowodowane były wojnami i stresem. Obrysowała powoli oczami kontury jego pełnych ust, nosa i dużych oczu. Chciała dotknąć jego kości policzkowych, zatopić palce w jego gęstych, ciemnych włosach. Stojąc tak przed nim, wydawało jej się, że już kiedyś go widziała. Dawno, dawno temu. - Sir - dodała szeptem po dłuższej chwili.

    V.H.

    OdpowiedzUsuń
  33. Czasami Holly musiała mierzyć się z opinią publiczną. W odległych czasach, gdy jeszcze w zeszłym roku pracowała dla armii. Chociaż jej słowa często padały z ekranu, nigdy nie wypowiadały ich jej usta. Redagowała różne wypowiedzi, szukała sposobów na odparcie rozmaitych zarzutów. Musiała orientować się w tym, co myśli opinia publiczna. I często łapała się na tym, że ledwo powstrzymuje się przed wyłączeniem holokomputera. Siła idiokraci była przerażająca, choć wydawałoby się, że ludzie zaakceptują nowe realia. Łatwo adaptowali się do nowych technologii mogących ułatwić im życie i oburzali się, gdy odkrywali, że ta technika została wymyślona dla wojska lub na potrzeby badań naukowych. Nie podobało im się, że nikt nie troszczy się o ich wygodę.
    - Ludzie nadal opowiadają dzieciom, że gwiazdy to jaśniejące na niebie węgielki - odparła, wpadając w głęboką zadumę. - Kreacjoniści nadal uważają, że ewolucja nie istnieje, bo wszystko zostało z góry zaplanowane. Kościół katolicki w zeszłym roku oznajmił, że przeszczepy autoizogeniczne są grzechem w takim samym stopniu, co morderstwo. Religie są znacznie starsze niż odkrycia naukowe i opierają się wszystkim logicznym argumentom.
    Kościół katolicki nadal miał zaskakująco duży posłuch. Bardziej konserwatywne były już tylko zgrupowania wierzeniowe na dalekim wschodzie. Medycyna pozwalała już na wszczepianie organów wyhodowanych z komórek biorcy - aczkolwiek była to droga impreza. I Watykan rzeczywiście tego zabronił, chociaż jedyne życie, które wchodziło tutaj w grę to tylko to, które można było uratować. Chyba, że bierzemy pod uwagę poziom życia komórkowego.
    - Miło cię poznać, Mike.
    Kopnęła kamyk czubkiem buta. Tak, jak robią to czasem dzieci. Podbijała ten kamyk do momentu, w którym nie spadł w zarośla. Zarośla... nazwa się zużyła, ale nie wymyślono lepszej. Chodziło o kłęby brązowych, ciernistych roślin, które nadawały się tylko na opał.

    Holly Tienert

    OdpowiedzUsuń
  34. Nie umiałaby zwracać się do niego inaczej, niż "sir". Trudno by jej było wołać go po nazwisku, a co dopiero po imieniu. Nie pozwalały jej na to moralne przekonania.
    - Dobrze - odpowiedziała jednak, wpatrując się głęboko w jego oczy. Zapatrzyła się na niego o sekundę za długo. - Chętnie - dodała po chwili, zmieszana. Kawą zaczynała każdy dzień od momentu, w którym się obudziła. Nawet w ten dzień był to pierwszy napój, który wypiła. Kawa. Uwielbiała tą czarną, z jedną łyżeczką cukru. Virginia odłożyła wypożyczoną broń, sprawdzając przy okazji, czy swoją wciąż ma za pazuchą. Uśmiechnęła się delikatnie do Havoca i zeszła na dół do restauracji. W środku było pusto, przy stolikach nie siedziała ani jedna żywa dusza. Od strony kuchni słychać było tylko czyjeś krzątanie się. Chrobot, trzask, głośne kichnięcie. Blondynka zdążyła usadowić się przy ladzie, gdy zza wahadłowych drzwi pojawił się barman.
    - Co państwu podać? - spytał ochrypłym głosem.

    V.H.

    OdpowiedzUsuń